„Zielona Mila”,
Stephen King – opracowanie: Natalia
‘Carrie’ B.
Część pierwsza
DWIE MARTWE
DZIEWCZYNKI
1
Narrator pierwszoosobowy zaczyna od opisu
więzienia, w którym pracował. „Zdarzyło się to w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim” – mówił, więzienie mieściło się wówczas w Cold Mountain i oczywiście znajdowało się tam krzesło elektryczne, zwane przez więźniów „Starą Iskrówą” lub „Wielką wyżymaczką”. Opowiada o tym, jak to
więźniowe żartują sobie ze Starej Iskrówy, a jako, że był jednym z uczestników dokładnie
siedemdziesięciu ośmiu egzekucji, wie jak późno dochodzi do
skazańców świadomość, że zaraz zostaną usmażeni jak indyk w Święto Dziękczynienia. Dokładniej wtedy, gdy przywiązywano im kostki
do dębowych nóg krzesła. Właśnie poprzez nogi dowiadywali się o swojej śmieci, czuli od kończyn porażenie prądem o wysokim napięciu. Zakładano więźniowi na głowę czarny, jedwabny kaptur zakrywający oczy.
Cele śmierci znajdowały się na bloku E, oddalonym od pozostałych czterech i
znacznie mniejszym. W środku było sześć cel – trzy po jednej i trzy po drugiej stronie korytarza,
wszystkie o połowę mniejsze od cel w innych blokach. Wszystkie jednoosobowe.
Za „kadencji” osoby mówiącej nigdy nie było sytuacji, że wszystkie sześć cel było zajęte, maksymalnie posiadali czterech skazańców, zarówno czarnych i
białych, nie było wtedy „selekcji”.
Szeroki korytarz prowadzący przez cały blok był koloru limonkowego, dlatego ten odcinek, który w innych więzieniach nazywa się „Ostatnią Milą” tutaj nazywano „Milą Zieloną”. Mierzyła ona około sześćdziesięciu długich kroków i biegła z południa na północ. Na samym początku umiejscowiona
była izolatka, na końcu można było skręcić w lewo lub w prawo. Lewa strona oznaczała życie, prowadziła na spacerniak.
Prawa strona znowuż oznaczała zupełnie coś innego – prowadziła najpierw do
gabinetu narratora, mijało się biurko i naprzeciw stało dwoje drzwi.
Jedne do toalety, a drugie do szopy, tam kończyli ci, którzy przeszli Zieloną Milę.
Drzwi były małe, przez co John Coffey musiał przykucnąć i ledwo się przez nie przecisnął. Kierowano sięna mały podest, szło się po trzech betonowych schodkach na dół. Pomieszczenie, do którego prowadziły było obskurne, bez ogrzewania, z podłogą z sosnowych desek i metalowym dachem. W lecie na bloku panował niesamowity upał, a zimą taki chłód, że widziało się własny oddech, podczas egzekucji Elmera Mandfreda zemdlało dziewięciu świadków!
Lewa strona szopy była stroną życia, tam przechowywano narzędzia, odzież, materiały, worki z nasionami roślin, które siano na wiosnę w ogródkach, papier toaletowy, palety, worki z wapnem do wytyczania
boiska baseballowego i futbolowego – więzionwie grali na
tzw. Pastwisku, jesienne mecze były tam
niesamowitym wydarzeniem. Po prawej stronie – śmierć. Iskrówa umiejscowiona została na drewnianym
podwyższeniu. Obok stało wiadro, a w nim
przebywała gąbkę przyciętą tak, żeby pasowała do metalowego hełmu, zanurzano ją w słonej wodzie, wtedy ona lepiej przewodziła ładunek prądu stałego płynący z kabla do gąbki i do mózgu skazanego.
2
Rok tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi to rok Johna Coffey’a. Gorąca jesień, październik prawie nie różnił się od sierpnia, a żona dyrektora
Moores’a trafiła do szpitala w Indianoli. Podmiot mówiący przechodził wówczas najgorszą w swoim życiu infekcję dróg moczowych, sprawiającą, że pragnął śmierci gdy tylko czuł potrzebę pójścia do toalety. To była jesień Eduarda Delacroix, łysawego, małego, drobnego Francuza ze specyficzną, tresowaną myszką. Przede wszystkim jednak ta jesień była kojarzona głównie z Johnem Coffey’em.
Na każdej zmianie było czterech lub pięciu strażników, lecz tylko mniejszość odbyła dłuższy staż. Dean Stanton, Harry Terwilliger i Brutus Howell (zwany żartobliwie Brutalem, bo pomimo swojej potężnej postury, gdyby nie musiał, nie skrzywdziłby nawet muchy), podobnież jak Percy
Wetmore, ten naprawdę brutalny, a przy tym głupszy niż ustawa przewiduje, nie żyją w dniu, w którym główny bohater spisuje pamiętnik z tamtych
lat, w zamierzeniu wydania w formie książki. Percy według narratora w ogóle nie powinien
pracować na bloku E, zwyczajnie jego paskudne usposobienie nie pomagało w niczym, narobił tylko wielu kłopotów. Dlaczego został? Przez swoją żonę był spokrewniony z gubernatorem, o to odpowiedź.
To Percy Wetmore wprowadził Coffeya na blok krzycząc „Idzie truposz!
Idzie do nas truposz!”.
Październik czy nie,
gorąco jak diabli piekli, drzwi na spacernik otwarły się i stanął w nich największy facet, jakiego kiedykolwiek strażnik widział, może z wyjątkiem kilku koszykarzy, których mecze oglądał w „Centrum Rekreacji” tego ‘domu dla śliniących się starców’ gdzie znajdował się pisząc książkę. Więzień miał założone łańcuchy na rękach i piersi, na nogach kajdany, a prowadził go nie kto inny jak bestialski Percy i chudy, mały Harry
Terwilliger, wyglądający jak dzieciaki prowadzące ogromnego niedźwiedzia złapanego w lesie. Nawet Brutus „Brutal” Howell wyglądał przy nim jak dzieciak, a miał sześć stóp wzrostu i był bardzo umięśniony. John Coffey – sześć stóp i osiem
cali wzrostu, wcale nie przypominał jednak
koszykarza telewizora. Szerokie barki,
olbrzymia klata obudowana mięśniami. Podarowano
mu największe drelichy jakie były w magazynie, a
mankiety od spodni i tak sięgały do połowy jego żylastych i pokiereszowanych łydek. Koszula się nie dopinała na piersi, rękawy skończyły gdzieś na przedramionach, w dłoni ściskał niebieską czapkę (też za małą, na jego dużej głowie przypominałaby czapkę cyrkowej małpki kapucynki). Jego postura mówiła, że z łatwością zerwałby te łańcuchy, jednak twarz zupełnie temu
zaprzeczała. Nie było na niej głupoty, jak stwierdził Percy Wetmore
nazywając go matołem (przyganiał kocioł garnkowi). Malowało się na jego twarzy zagubienie. Rozglądał się jakby chciał zgadnąć gdzie jest, co robi … kim jest
- Idzie truposz! – krzyczał Percy. Harry miał nietęgą minę. „– Idzie tru…
- Dosyć tego. – przerwałem mu.” Strażnik siedział na pryczy w celi przeznaczonej dla Coffeya. Musiał przywitać więźnia, zapoznać go z regulaminem, czego wcale nie ułatwiał mu Wetmore rzucając spojrzenie mówiące jakim to kolega z pracy nie jest „dupkiem”. Harry spytał zaniepokojony, czy na pewno Paul (narrator) chce zostać sam z „Olbrzymem”, czy nie będzie tam żadnych problemów, bo w końcu
rzadko trafia się podwójny gwałciciel i morderca o takich wymiarach. Paul Edgecombe spytał „Dużego” czy będą z nim problemy. Coffey pokręcił głową przecząco, obserwował bacznie głównego strażnika. Jako test kazał podać Olbrzymowi dokumenty, wtedy dopiero on miał je odebrać od więźnia. Stwierdził, że jeśli Olbrzym by chciał, mógłby wykorzystać tę sytuację i zrobić krzywdę któremuś z nich, lub po prostu zechcieć podrzeć dokumenty czy coś w tym stylu. Coffey posłusznie jednak wykonał polecenie ku
zdziwieniu strażników. Na ciele Murzyna było mnóstwo blizn i ran. W tym czasie jedynym więźniem oprócz tego najnowszego był Edward
Delacroix. Percy stał w tym momencie uderzając hikorową pałkę tak, że wzbudzał strach w małych Francuzie „Delu”, biedak potwornie się go bał i nienawidził go jednocześnie. Paul odprawił Percy’ego,
oczywiście po dłuższej bezcelowej dyskusji spowodowanej jego oporem.
- Przestań szczerzyć zęby gamoniu, bo ci je powybijam. – zagroził Francuzowi odchodząc.
- Spokojnie,
Panie Dzwoneczku. – szepnął Del i mysz, tak jakby go zrozumiała, przycupnęła na jego ramieniu spokojnie. Mężczyzna miał śpiewny luizjański akcent, przez co wszystko co wypowiadał brzmiało egzotycznie, cudzoziemsko.
Paul zdecydował rozkuć Johna widząc jego posłuszeństwo. Był zaniepokojony jego spokojem, pokorą, dziwną melancholią, zagubieniem, kulturą osobistą, której brakowało wielu jego poprzednikom. John, tak jak miał to w zwyczaju, podkreślał przy przedstawieniu się, że jego nazwisko to „Coffey, tak jak napój, tylko że inaczej się pisze”. Umiał napisać tylko własne nazwisko, nie potrafił czytać. Zaakceptował każdy z warunków wyrecytowanych w regulaminie przez Edgecombe’a. Nie miał żadnej rodziny, przyjaciół. Jedynym
pytaniem jakie zadał sam z siebie, było „czy po kolacji
na korytarzu pali się światło?”, ponieważ bardzo bał się ciemności. Po skończeniu procedury powitalnej Paul zrobił coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca – podał więźniowi rękę. Gdy opuścił celę, usłyszał za sobą głos Johna mówiący „Nie mogłem nic pomóc, szefie. Próbowałem, lecz było już za późno”.
3
Harry rozpoczął dyskusję na temat Percy’ego, Paul z pogardą mówił o tym, jak od dziesięciu lat musi się użerać z tym „dzięciołem”. Towarzyszył im w rozmowie Dean, który nieoficjalnie był nazwany wśród strażników (poza Percym, o na ten temat nic nie wiedział, bo zaraz ubiegałby się o uzyskanie przez niego tego tytułu) zastępcą Paula. Siedział przy jego
biurku, wpisywał coś do akt. Percy nigdy nie uczestniczył w egzekucji, raz
ją tylko obserwował z nastawni. Temat zszedł na Coffeya. Stanton powiedział, że John zachowywał się w sądzie tak samo jak i dzisiaj w celi – był obwieszony łańcuchami, mia skrępowane ruchy
wszelkimi kajdankami , które z pewnością mógłby zerwać gdyby tylko chciał, a jednak nie
robił zupełnie żadnych problemów. Paul zainteresowany historią Olbrzyma postanowił, że później pójdzie zajrzeć do biblioteki gdzie znajdują się wszelkie gazety.
Biblioteka mieściła się na tyłach budynku, gdzie planowano kiedyś zrobić warsztat samochodowy. Miała kształt litery L, nie wiele różniła się wielkością od gabinetu Edgecombe’a i panował tam wówczas upał. Nadal. Paul poszukał wentylatorów, jednak wszystkie już zabrano. Siadając poczuł okropne pulsowanie w kroczu przypominając o infekcji. Strażnik odkrył, że nie był w pomieszczeniu sam – w rogu siedział stary więzień, Gibbons, spał ze spoczywającą książką na kolanach i kapeluszem nasuniętym na oczy.
Poszukiwanie gazety z artykułem o bliźniaczkach Dettericków nie zajęło mu wiele czasu. Pisano o tym na pierwszych stronach od dnia popełnienia zbrodni w czerwcu, a z do procesu z przełomu sierpnia i września. Myśl o martwych dziewięcioletnich
dziewczynkach odwróciła uwagę od upału i więźnia śpiącego w kącie. Ich blond loki, śiczne buzie, w połączeniu z wzbudzającą niepokój postacią Coffeya była wyjątkowo niemiła. Zdawało się, że ze względu na jego rozmiary, mógł je pżreć niczym olbrzym z bajki, Rzeczywista wersja zbrodni była gorsza, wiele gorsza. Miał szczęście, że nie został zlinczowany tam, na brzegu rzeki … jeśli szczęściem można nazwać śmierć na Starej Iskrówie.
4
Detterickowie
posiadali plantację bawełny. Klaus Detterick uważany był za kogoś kto ledwo wiąże koniec z końcem. Gospodarstwo było duże i zadbane, oprócz bawełny Detterick hodował kurczaki i kilka
krów. Mieli z żoną trójkę dzieci: dwunastoletniego Howard’a oraz bliźniaczki – Corę i Kathe. Dziewięć lat, jak już powyżej zostało napisane.
Którejś ciepłej czerwcowej nocy bliźniaczki poprosiły rodziców, by pozwolili im spać na werandzie
biegnącej przez całą boczną ścianę domu. Przed dziewiątą mama ucałowała je na dobranoc … a ujrzała je ponownie
dopiero w trumnach, połatane.
Howie, Claus i Marjorie spali twardo
podczas gdy porwano bliźniaczki. Klausa zbudziłby pies, Bowser, gdyby
szczekał. Ale pies nie zaszczekał tej nocy. Ani już żadnej innej. Mężczyzna rankiem
zbudził się by wydoić krowy, nie pomyślał nawet, by zajrzeć do dziewczynek.
To, że nie przyłączył się do niego pies, też go nie zadziwiło.
Marjorie zeszła na dół piętnaście minut po mężu. Zaczęła szykować śniadanie, jego smakowity zapach zbudził Howiego. Kobieta wysłała chłopca, by poszedł po siostry.
Zaraz pośniadaniu Klaus chciał, żeby przyniosły świeże jajka. Tego ranka nikt jednak już ich nie zjadł. Howie wrócił do domu z białą twarzą, wybałuszonymi oczyma i śmiertelnym przerażeniem wymalowanym na licu.
- Nie ma ich. – powiedział.
Marjorie
poirytowana wyszła ich poszukać, nie spodziewała się, że mogło się zdarzyć coś złego, jednak po spojrzeniu na werandę, dowiedziała się czemu Howie był tak przerażony. Zawołała męża. Ujrzeli koce ściśnięte w kącie, drzwi wyrwane z górnego zawiasu i
przekrzywione na zewnątrz, schody zaplamione krwią. Pani Detterick
błagała męża by nie wyruszał na poszukiwanie
i nie zabierał syna, lecz na nic były jej prośby. Wybiegli obaj z dubeltówką i strzelbą kaliber .22, zdaniem Paula zrobili dobrze, ponieważ krew wówczas była wciąż lepka i miała odcień czerwony, nie brązowy. Zaczęli od przeszukiwania okolic domu, odkryli na początku, że pies leży na wpół wyciągnięty ze swojej budy z łbem wykręconym niemal o trzysta sześćdziesiąt stopni. Tego argumentu użył prokurator na sali sądowej rzucając znaczące spojrzenie w stronę ogromnego
czarnego mężczyzny ubranego w „fabrycznie nowe, zakupione przez stan drelichy,
które wyglądały na nim jak ubranie po młodszym bracie”.
Klausi i Howie ujrzeli przy Bowserze kawałek kiełbasy, którą teoretycznie Coffey zwabił psa i następnie zamordował zwierzę w brutalny sposób. Po drodze
Howie ściągnął z drzewa kawałek żółtego materiału, z którego wykonany był płaszcz Kathe, a dwadzieścia jeden jardów
dalej skrawek zielonej nocnej koszulki, którą Cora miała na sobie w chwili śmierci. W tym
samym czasie Marjorie połączyła się z centralą, aby poprosić sąsiadów o pomoc w poszukiwaniach i zawiadomić szeryfa o zdarzeniu. Grupa zwołana przez
Marjorie dołączyła do Howiego i Klausa razem z psami tropiącymi. Znaleźli miejsce, gdzie było mnóstwo wygniecionej trawy i tyle krwi, że duża część mężczyzn musiała pobiec gdzieś w głąb lasu by zwrócić śniadanie. Howie trzymał się zadziwiająco dobrze – stał oparty o ramię ojca i o mało nie zemdlał. Psy w tym momencie zaczęły wariować, nie chciały się zgodzić przez dłuższy czas, w którą stronę trzeba iść. W końcu zamiast iść w górę, zadecydowano ruszyć nad rzekę.
To co tam odkryli, było zdecydowanie najgorszym widokiem w całym ich życiu. Na brzegu rzeki
siedział w pokrwawionym ubraniu olbrzymi Murzyn – John Coffey z wielkimi płaskie stopy, które były bose. Na głowie miał spłowiałą czerwoną chustę, wokół niego krążyła czarna chmura komarów. Na rękach miał spoczywały ciała nagich dziewczynek, ich jasne loki przylegały teraz do główek oblane krwią. John siedział z zadartą głową wyjąc jak wilk do księżyca, z mokrymi od
łez policzkami i twarzą na której wymalowany był okropny grymas żalu. Oddychał spazmatycznie.
Gazeta mówiła, że „zabójca nie okazywał cienia skruchy”,
jednak realia były inne. Coffey był rozdarty. Ale
przecież żył. Dziewczynki nie. One były rozdarte w
bardziej makabryczny sposób.
Klaus Detterick
pierwszy się poruszył, rzucił się w stronę w stronę olbrzyma, który zgwałcił i zabił jego dziewczynki. Uderzył go w skroń, jednak morderca zdawał się tego w ogóle nie odczuć. Czterech mężczyzn odciągało Klausa, a John wciąż płakał i płakał przeraźliwie, wgapiając się w drugi brzeg rzeki. McGee, jeden z członków grupy wysłanej od szeryfa przeprowadził krótki wywiad z Johnem. John standardowo powiedział formułkę o swoim nazwisku, które pisze się tak samo jak
napój, wyjaśnił, że w kieszeni ma prawdopodobnie drugie śniadanie (nie był pewien), a na
pewno nie broń, tak jak podejrzewał McGee. Facet wyjął z jego kieszeni woreczek, wypakował z niego kanapkę, w której nie było mięsa, tylko warzywa. Stwierdził, że kiełbasą poczęstował się biedny pies. Zapytał „czy chcesz mi
powiedzieć co się tu stało, Johnie Coffeyu?”. John odpowiedział tylko „Nie mogłem nic pomóc. Było już za późno”. „Chłopie, jesteś aresztowany za morderstwo” usłyszał w odpowiedzi i McGee splunął mu w twarz.
5
Paul nie
dowiedział się wszystkiego z gazet, oczywiście, jednak
wystarczyło tyle do bezsennej nocy. Żona zastała go w kuchni palącego własnoręcznie skręconego papierosa i popijającego maślankę. Zapytała czy wszystko w porządku, więc odpowiedział jej, że miał w pracy potyczkę z Percym i
dlatego ma zły humor. Było to jedno z jego niewielu kłamstw podczas całego małżeństwa. Żona próbowała go namówić by poszedł do sypialni, bynajmniej nie w celu zaśnięcia w swoich ramionach. Strażnik zbył ją mówiąc, że dalej ma problemy z „kanalizacją” żartując o problemach z drogami moczowymi. Janice odeszła prosząc, by nie zwlekał z wizytą u lekarza, aczkolwiek traciła tylko czas.
Paulowi śniły się tej nocy Cora i Kathe Detterick.
6
Nazajutrz rano Paul znalazł na biurku różową karteczkę z poleceniem udania się bezzwłocznie do dyrektora. Wiedział o co
chodzi. Udał się nieśpiesznie do gabinetu Mooresa, przejrzał nocny raport Brutusa Howella i stwierdził, że nie zdarzyło się nic ciekawego – Delacroix szlochał jakiś czas, w nocy tak często robił żałując bardziej siebie, niż ludzi, których upiekł żywcem. Pobawił się z myszką, Panem Dzwoneczkiem, którego przechowuje
w pudełku po cygarach, to go uspokoiło i zasnął. Pan Dzwoneczek najprawdopodobniej spędził całą noc na czuwaniu bez zmrużeniu oka na
brzuchu Francuza. Prawdopodobnie sam Bóg, jak sądził Paul, zdecydował, że takiemu szczurowi, jak Francuz z Luizjany, który ma na sumieniu
sześć ludzkich istnień, przyda się anioł stróż w postaci myszki. Notatka o Coffeyu głosiła, że na ogół leżał w ciszy popłakując czasami, wszelkie próby nawiązania dłuższej rozmowy były nieudane.
Dla strażników próby nawiązania rozmowy były najważniejszym punktem ich pracy i dlatego tak bardzo przeszkadzał im Percy Wetmore. „Nienawidzili go więźniowe, nienawidzili strażnicy…
nienawidzili go chyba wszyscy z wyjątkiem jego
politycznych protektorów, samego Percy’ego i być może (ale tylko być może!) jego matki.” Był jak „wsypana do
weselnego tortu porcja arszeniku” i pewnie od
Paul wiedział, że ściągnie im na głowę nieszczęście. Następnie zapoznał się z raportem zastępcy dyrektora,
Curtisa Andersona, o oczekiwaniu DE (Daty Egzekucji) Eduarda Delacroix, ma się ona odbyć najprawdopodobniej dwudziestego ósmego października. Przed tym jednak mają się spodziewać nowego pensjonariusza, Williama Warthona, który jest „trudnym
dzieckiem”. „To kolejny szajbus i bardzo się tym szczyci.
Przez ponad rok szwendał się po całym stanie i w końcu trafił na swój wielki dzień. Zabił podczas napadu trzy osoby, w tym ciężarną kobietę, a potem uciekając, plicjanta z
drogówki. Nie zdążył tylko załatwić ślepca i zakonnicy. Ma dziewiętnaście lat i wytatuowany na lewym przedramieniu napis BILLY KID. Będziecie musieli raz czy dwa dać mu po łapach, to nie ulega kwestii, ale robiąc to, uważajcie. Facetowi jest po prostu wszystko jedno. Poza tym może zabawić u nas dłużej. Złożyłapelację, no i trzeba wziąć pod uwagę fakt, że jest młodociany”.
Brzmiało to ciekawie,
jednak Paul nie miał czasu dłużej przeglądać raportów, udał sięw końcu na spotkanie z dyrektorem. Dyrektorzy za jego pobytu zmieniali
się dwa razy i Hal Moores był z nich najlepszy
dotychczas. Odważny, stanowczy i … po prostu był najlepszy.
Porozmawiali na temat zdrowia żony dyrektora,
Nory. Było naprawdę niedobrze, bardzo się tym denerwował, bo nie wskazywało na to, że ma się polepszyć. Straciła władzę w prawej ręce, ma migreny, nie chce jechać do szpitala za żadne skarby. Poza tym porozmawiali na temat wczorajszego incydentu
z Percym i Paulem w rolach głównych – szef
również jest bardzo źle nastawiony do Wetmore’a. Trzeba wspomnieć, że Paul i Hal byli ze sobą na „ty” i
rozmawiali ze sobą jak równy z równym, bez dystansu zawodowego. Moores rozkazał przydzielić Percy’ego do egzekucji Delacroix, mimo braku przekonania do tego
pomysłu – była wielka szansa na to, że jeśli się wykaże przy egzekucji, zostanie przeniesiony do innego zakładu i nigdy więcej nie zawita w
tutejszym więzieniu. Edgecombe wciąż powtarzał, że Percy coś schrzani, zrobi komuś albo sobie
krzywdę, ale myśl o tym, że będzie mógł się na zawsze go pozbyć sprawiła, że przystał na to. Dałby mu przyzwoite zadania, żeby nie mógł za wiele zaszkodzić i równocześnie pokazał, że jest godny objęcia stanowiska w
innym miejscu. „Żeby pozbyć się Percy’ego uszczypnąłby w tyłek samego diabła”.
7
Mysz Eduarda Delacroix była naprawdę zjawiskowa. Była jedyną, która się tam pojawiła. Na początku była nazwana przez strażników „Matrosem Willym”. Paul, Dean i Brutal pełnili służbę nocną, gdy zajrzała do nich po raz pierwszy i Brutus stwierdził, że już wtedy była na pół oswojona i dwa razy mądrzejsza od
Delacroix, który uważał się za jej właściciela.
Przeglądali wtedy stare
akta w gabinecie Paula. Mieli wysłać listy do świadków egzekucji na Iskrówie oraz sześciu egzekucji
przez powieszenie, by uzyskać odpowiedź na pytanie: Jak podobała im się obsługa? Brzmiało to absurdalnie, ale sprawa była ważna. Brutal zawołał pozostałych dwóch strażników z korytarza, gdzie siedział przy biurku strażnika dyżurnego. Bali się, że coś złego stało się Indianowi z Oklahomy (nazywał się Arlen Bitterbuck, ale nazywano go Wodzem) albo więźniowi, którego zwano prezesem, więc popędzili do Brutusa jak najszybciej. Brutal wybuchnął śmiechem, a śmiech na bloku E wydawał się tak niestosowny jak i w kościele.
Star Tu-Tut, więzień, który obsługiwał wózek z prowiantem przyjechał z nim, by
zaopatrzyć wszystkich na noc. Brutal miał przed sobą otwartą księgę dyżurów. Zażartował odpowiadając na pytanie ‘co się stało’, że zarząd musiał zainwestować w nowego strażnika i wskazał ruchem ręki na korytarz. Siedziała tam mysz, sam
jej widok rozbawił Deana i Paula. Gryzoń rzeczywiście przypominał strażnika w swej specyficznej postawie i zachowaniu. Zaglądał do cel przebiegając Zieloną Milę w tą i z powrotem, do jednej lub dwóch nawet weszła przeciskając się pod kratami. Mysz podeszła w końcu bardzo blisko strażników wzbudzając ich podziw. W końcu jaka mysz
podchodzi tak blisko i nie okazuje cienia lęku? Podeszła na odległość trzech stóp od biurka. Dean chwycił miotłę i chciał już pogonić „gościa”, lecz Edgecombe go powstrzymał. Brutus rzucił Dzwoneczkowi kawałek kanapki, a Dean spanikował mówiąc, że ta mysz teraz będzie powracać i być może sprowadzi inne. Myszka podeszła do kawałka sandwicza, obwąchała go, przycupnęła w miejscu i
odsunęła na bok chleb, żeby dostać się do mięsa. Bitterbuck rzucił „Albo jest
cholernie sprytna, albo głodna jak wszyscy diabli”. Gdy wybrzmiało skrzypienie pryczy, mysz
spałaszowała to co jej zostało i ponownie się przyjrzała wszystkim jakby
chciała zapamiętać twarze mężczyzn. Brutal wyciągnął księgę z szuflady z
napisem „ODWIEDZAJĄCY” i zapisał w niej godzinę 21.49, poszukał rubrykę
„WEJŚCIE NA BLOK” i nabazgrał nazwisko MATROS WILLY którym określano wtedy
Myszkę Mickey. Paul zadecydował, że zetrze w nocy ten wpis, żeby żaden z nich
nie miał nieprzyjemności ze względu na ten niewinny żarcik i wredotę Percy’ego.
Następnego wieczoru szukali znowu myszki – bez skutku.
8
Zimą tysiąc
dziewięćset trzydziestego drugiego roku, parę miesięcy po tych wydarzeniach,
Brutal odwiedził Paula, gdy byli tylko oni dwaj na służbie. Oświadczył, że
znalazł kryjówkę Pana Dzwoneczka, w której się chował zanim zabrał go
Delacroix. Zaprowadził Paula do izolatki, podał mu latarkę i kazał wejść po
drabinie. Pomiędzy belkami była szczelina, w której myszka się chowała, a była
ona położona w tak niedostępnym miejscu, że wyczynem byłoby odgadnąć od razu,
że to właśnie to miejsce sobie upodobała na całym bloku E. Poczuł rozchodzący
się stamtąd zapach mięty i w głowie usłyszał głos Eduarda nawołujący do
zobaczenia sztuczki jaką wykonuje Pan Dzwoneczek. Znalazł w środku kawałki „tej
szpulki” i okazało się, że zapach mięty jaki poczuł, nie był wcale złudzeniem –
Brutal też go czuł. Twierdził, że mysz przesiadywała tam, ponieważ zapach mięty
przypominał jej Delacroix.
Część druga
Mysz Francuza
1
Zdaniem Paula,
dom opieki Georgia Pines, położony sześćdziesiąt mil od Atlanty, jest w pewnym
sensie taką samą umieralnią jak blok E. Nawet jeden facet przypomina mu trochę
Percy’ego. Brad Dolan się nazywa. Ciągle czesze włosy, zupełnie jak Percy, w
tylnej kieszeni spodni ma zawsze coś do czytania. Percy nosił tam czasopisma
typu „Argosy” i „Men’s Adventure”; Brad zaś chowa w nich małe broszurki
zatytułowane „Głupie żarty” i „Świńskie kawały”. Stale pyta o to, dlaczego
Francuz przeszedł przez jezdnię, ilu Polaczków potrzeba do wkręcenia żarówki, ilu
żałobników przychodzi na pogrzeb w Harlemie. Jest półgłówkiem tak jak Wetmore,
również uważa, że śmieszne jest tylko
to, co podłe. Zwracał się do Paula „Paulie”, czego były strażnik nienawidził -
a zwracanie uwagi by tak nie robił nic
nie daje. Wspomniał o swoich problemach z pamięcią, a raczej o ich niemal
całkowitym braku – pamiętał wszystko co się działo w latach jego pracy.
Pamiętał mysz, która przyszła przed Delacroix. Tę sprytną mysz, którą Del od
razu pokochał. Tę mysz, której Percy nienawidził.
2
Mysz wróciła trzy
dni po tym jak Percy pogonił ją po Zielonej Mili. Bill Dodge i Dean Stanton
rozmawiali o polityce przegryzając krakersy kupione od Tu-Tuta, a Percy stał w
progu gabinetu słuchając ich i bawiąc się pałką, którą tak wielbił. Tamtego wieczoru
Paula nie było na miejscu, ale Dean zdał mu raport na drugi dzień.
Mysz nadeszła korytarzem, podobnie jak
wcześniej zaglądała do pustych cel. Więzień zwany Prezesem nie spał tym razem i
stał przy kratach. Był prawdziwym dandysem, wyglądał wytwornie nawet w
więziennych drelichach. Tydzień po drugim pościgu Percy’ego za myszą zmieniono
wyrok Prezesa na dożywocie, więc nie zabawił już długo na bloku E. Krzyknął ze
śmiechem (i ledwie słyszalnym lekkim oburzeniem), że jest tutaj mysz i chyba
ktoś prowadzi tutaj swego rodzaju hotel. Percy odwarknął „Zamknij się, ty
złamasie” i zaczął uderzać pałką o kłykcie dłoni. Zaciekawieni obserwowali całą
sytuację. Mysz ominęła szerokim łukiem Prezesa, ojcobójcę, podeszła do biurka i
zjadła kawałek krakersa rzucony przez jednego ze strażników. Percy nie
wytrzymał i przerwał zabawę w dokarmianie zwierzątka rzutem pałką w gryzonia.
Mysz była niewielkim celem. Rzut był jednak diabelnie celny i zmiażdżyłby łebek
Willy’ego gdyby nie jego refleks, uchyliła się tak samo, jak zrobiłby to
człowiek i upuściła na podłogę okruch krakersa. Wetmore ryknął zawiedziony, bo
zdał sobie sprawę z tego, że chybił tylko o włos. Pogonił za myszą próbując ją
zmiażdżyć swoimi buciorami, co mu się nie udało. Zaklął pod nosem i rzucił się
do drzwi, pod którymi Matros Willy zniknął, próbując je otworzyć. Dean ruszył w
jego stronę by go powstrzymać – zdarzenie to było dość zabawne, jednak postawa
Percy’ego bardzo zdenerwowała Stantona – na tym bloku awantury ograniczało się
do minimum z minimum. Poza tym traktował Willy’ego jako element życia na bloku.
Zażartował sobie z celności Wetmore’a, bo wiedział, że wtedy on odejdzie
zawstydzony. Stało się tak, jak podejrzewał, jednak nie obeszło się bez
dyskusji i „podlizania się lalusiowi” (czyt. „udawać, że jest się pewnym
uznania dla jego refleksu i takich tam w celu rozbawienia wszystkich wokół i
jednoznacznemu załagodzeniu ‘sporu’).
3
Mysz przyszła
następnego wieczoru, wtedy kiedy Percy nie miał zmiany. Paul uciął sobie
pogawędkę z Arlenem Bitterbuckiem. Niby mógł zrobić to za dnia, ale odgłosy
bójek, rozmów, prac sprawiały, że niebyło do tego tak dobrych warunków jak
wieczorem. Wódz opowiedział mu o najszczęśliwszych latach jego życia, zadawał
pytania na temat śmierci i tego jak według strażnika może wyglądać ta „druga
strona”. Paul odpowiadał tak, by Arlen słyszał to co właściwie chciałby
usłyszeć przed śmiercią, by odszedł z tego świata z lepszym samopoczuciem, choć
odpowiedzi te mijały się z prawdą dla Edgecombe’a. Pojawił się Tu-Tut ze swoim
czerwonym wózkiem pokrytym niezmiernie wesołymi, dodającymi otuchy cytatami z
biblii jak „Pomsta do mnie należy”, Piąta Księga Mojżeszowa, 32,35 i „Będę też
żądał krwi waszej, to jest duszy waszej”, Pierwsza Księga Mojżeszowa, 9,5.
Sprzedał im trochę sandwichy i napojów, a następnie krzyknął, że „mysi król
nadszedł”. Prezes zawołał, że podejrzewa, iż mysz (nazwał ją niecenzuralnie,
lecz nie będę przytaczać) wie, iż dzisiaj nie ma tu Wetmore’a. Strażnicy
pokazali sztuczkę z sandwiczem staremu Tu-Tutowi, a ten oburzył się bardzo, gdy
zwierzątko nie chciało przyjąć od niego pożywienia.
4
Przyszła kolej na
egzekucję Arlena Bitterbucka, który w rzeczywistości nie był wodzem, tylko
przedstawicielem starszyzny rezerwatu Washite i członkiem rady plemienia
Cherokee. Zabił po pijanemu człowieka, obaj z resztą byli pijani. Rozbił mu
głowę blokiem betonu, a poszło o parę butów.
Przed prawdziwą egzekucją przeprowadza się
jej symulację. Wykonuje się procedurę wtajemniczenia w dokładny przebieg
„ceremonii” więźnia, przeprowadza się go do sali, zapina na krześle, wygłasza
mowę i na tym koniec. Teraz dublerem okazał się Tu-Tut, który przez cały czas,
któtko mówiąc, robił z siebie kompletnego idiotę nie zdając sobie sprawy z
powagi sytuacji. „Niech mnie wszyscy diabli. Jeden ze świadków pojawił się
dzień wcześniej” poinformował Harry wskazując na mysz stojącą w progu.
5
Egzekucja się udała bez żadnych problemów.
Van Hay przeciągnął wajchę (podpisaną przez jakiegoś żartownisia SUSZARKA
MABEL) na dwójkę i tak oto uśmiercił Arlena. Znowu wszyscy poczuli ten sam
zapach, charakterystyczny przy śmierci na Wyżymaczce. Sam zapach w sobie nie
jest najgorszy, ale wywołuje u Paula złe wspomnienia. Kiedy jego wnuczka go
odwiedza, nigdy nie jest w stanie zejść do piwnicy, choć tam ich mały Lionel ma
elektryczną kolejkę, z którą tak chętnie pobawiłby się z pradziadkiem. Nie ma
nic przeciw pociągom, tym co go przed tym powstrzymuje, jest transformator i
ten jego pomruk, zapach, który czuć, gdy się rozgrzeje. Cały czas przypomina mu
Cold Mountain. Percy zastając ciało Arlena, rzucił mu na pożegnane „Adios,
Wodzu. Mam nadzieję, że będzie ci gorąco w piekle”, za to został zbesztany
przez Brutusa.
6
W tym
podrozdziale Paul opowiada o swojej miłości do Janice, o pisaniu, rzuca kilka
zdań na temat Johna i takie tam, nic konkretnego. Mówi o liście, który napisał
do Janice, z którym miał problem, bo nie wiedział, czy aby na pewno chce go
wysłać – czuł się tak, jakby wykładał swoje nagie serce na dłoni, prosto do
wglądu w jego wnętrze. Powiedział, że chciałby, aby po przeczytaniu tej
książki, każdy zapamiętał Johna Coffey’a leżącego na pryczy, bojącego się
ciemności i może nie bez racji, bo „czyż nie czekały na niego tam już nie dwie
małe dziewczynki, a mściwe harpie?”. Z oczu Olbrzyma zawsze płynęły łzy jak z
rany, która nigdy nie miała się zabliźnić.
7
Tak więc Wódz
przeniósł się na tamten świat, a Prezes na blok C. Harry’ego i Deana
przeniesiono na inny blok, przez co na Mili pozostali tylko Paul, Brutal i
Percy trzymający się zazwyczaj na uboczu. Dość często pojawiał się wtedy Matros
Willy. To były fajne, łatwe, spokojne tygodnie mimo Percy’ego ,który ciągle się
im naprzykrzał. Paul wszedł do pustel celi i usiadł nap ryczy, którą miał zająć
zaraz Delacroix.
Jego przybyciu towarzyszył orkopny łomot,
hałas. Drzwi otworzyły się na oścież, wybrzmiały dźwięki łańcuchów i przerażony głos mamroczący coś w żargonie
luizjańskim, w którym angielski przeplatał się z francuszczyzną. Brutal
krzyczał, by Percy czegoś zaprzestał na litość boską, co przeraziło Edgecombe’a.
Percy pojawił się na bloku rzucając przekleństwami i obelgami w stronę Eduarda
ignorując Brutala. Ciągnął za ramię faceta niewiele większego od drewnianego
kręgla, w drugiej ręce miał swoją hikorową pałkę, szczerzył się we wściekłym
grymasie i miał twarz czerwoną jak burak. Del próbował iść równo z nim, ale
kajdany krępowały mu ruchy, co nie powstrzymywało Pery’ego od zmuszania go do popędzania
biedaka. W tym momencie Paul wypadł z celi by podtrzymać Francuza, gdy ten
upadał na ziemię i tak zaczęła się ich znajomość. Percy miał zamiar go stłuc,
jednak Brutal i Paul go powstrzymali. Del bełkotał wystraszony, miał sińce na
całym ciele. Paul domagał się, by Percy wytłumaczył mu o co chodzi. Z kolejnych
krzyków Wetmore’a dowiedział się, że rzekomo Francuz próbował złapać w kroczu,
gdy wysiadali z furgonetki. Brutal nastraszył blond despotę i dalej, jak zwykle
zresztą, Francuz dowiedział się o standardach w Cold Montain.
8
Po tych zdarzeniach sytuacja na bloku się
unormowała. Prokuratura w stolicy hrabstwa przygotowywała proces Johna Coffey’a,
nie śpieszyli się jednak – chcieli mieć stuprocentowy wyrok.
Percy starał się dokuczyć Eduardowi, za
drugim razem Paul już odbył z nim rozmowę w swoim gabinecie. „Trzymaj się od
niego z daleka, słyszysz?” warknął. Percy odgarnął włosy do tyłu, przygładził
je swoimi malutkimi dziewczęcymi dłońmi. Kochał swoje loczki. Odparł, że nic
złego nie zrobił, spytał tylko jak czuje się ktoś, kto spalił kilkoro małych
dzieci. Paul zagroził mu tym, że Brutal napisze swój własny raport na temat
jego nagannego zachowania, a skoro nie włada dobrze piórem, napisze go
pięściami.I znowu nastał spokój.
Aż pewnej nocy rozległ się śmiech Dela.
Wkrótce siedzący za biurkiem Harry tez zaczął rechotać. Paul zajrzał do celi Eda, a ten zadowolony oświadczył, że
oswoił mysz. Matros Willy siedział na jego ramieniu. Pokazał, że mysz reaguje
na każdy jego ruch – po uniesieniu ręki wdrapywała się na nia itd. Percy
zmierzył ja wzrokiem, spytał czy to ta sama mysz, którą gonił jakiś czas temu.
Del oświadczył, że myszka nie nazywa się Matros Willy, tylko Pan Dzwoneczek –
tak mu szepnęła do ucha. Francuz zdecydował kupić pudełko po cygarach od
Tu-Tuta żeby Pan Dzwoneczek miał gdzie spać. Percy powiedział, że jeśli stary
Tu-Tut sprzeda mu to pudełko za cztery centy, które jego „przyjaciel” z
Luizjany miał przy sobie, zabierze trochę waty z ambulatorium, by gryzoń miał
tutaj mysi Hilton.
9
Tu-Tut uważał, że
cztery centy to za mało za pierwszorzędne pudełko po cygarach, więc strażnicy
powiedzieli, że dopłacą o ile Tu-tut je „wynajmie”. Po śmierci Eda miało mu
zostać zwrócone, zaraz po wyczyszczeniu go dokładnie. Mysz od razu zadomowiła
się w pudełeczku.
O Eduardzie zapomnieli wszyscy znajomi,
poza jedną krewną – pisała do niego raz w tygodniu i przysłała mu wielką,
ważącą pięć funtów torbę miętowych cukierków. Nie dano mu jej całej od razu, bo
był gotów je ssać, aż złapałaby go kolka i wylądowałby w ambulatorium – nie
znał umiaru, jak to wszyscy zabójcy. Dostawał na raz najwyżej sześć pastyek i
to na życzenie.
Pewnego razu ujrzeli jak Pan Dzwoneczek
zajadał się miętówką siedząc na ramieniu Francuza. Było to bardzo zabawne, bo
jedna różowa pastylka była jak Pół Pana Dzwoneczka. Brutal poprosił by Del
zabrał mu miętówkę, ponieważ brzuch myszki był już niepokojąco wydęty przez to,
że zjadł blisko jedną i pół pastylki. Byli pewni, że gdy więzień sięgnie po
cukierka, zwierzątko ugryzie go w palec – nic bardziej mylnego. Oddał pastylkę
bez żadnego protestu.
Tydzień lub dwa po incydencie z miętówkami
Eduard zawołał Edgecombe’a do swojej celi mówiąc – robił to niesamowicie
często, stało się to już dość irytujące. – że Dzwoneczek nauczył się czegoś
naprawdę interesującego i zabawnego. Pokazał wtedy Paulowi sztuczkę ze szpulką,
którą następnie pokolorował kredkami. Uczynił z Matrosa Willy’ego „mysz
cyrkową”, lubił go tak nazywać. Wzywał często w tym luizjańskim żargonie
publiczność, mówiąc, że cyrk przedstawia wspaniałą myszkę i kolejno wykonywał
ze swoim małym przyjacielem wszelkie sztuczki. I tak co dzień. A Paula zaczęła
męczyć infekcja dróg moczowych, na blok przybył William Wharton i rozpętało się
prawdziwe piekło.
10
„Daty w
większości powypadały mi z głowy”. Tym zdaniem zaczyna się rozdział. Gdyby Paul
poprosił, żeby jego córka, Danielle, poszukała tych dat w gazetach, to z
pewnością by to zrobiła, ale to nic nie pomoże, bo w końcu kto znajdzie datę, w
której ujrzał Delacroix siedzącego z myszą na ramieniu albo datę, kiedy to
William Wharton zawitał na blok i o mało nie zabił Deana Stantona.
No
i egzekucja Eduarda Delacroix została przesunięta na dwudziesty piąty
października. Opóźniło się przybycie Billy’ego Kida, czyli Whartona – proces
trwał dłużej no i podczas rozpraw oskarżony miał liczne ataki padaczki.
Przypuszczano, że są symulowane i po którymś już napadzie, sędzia oraz ława
przysięgłych stwierdzili, że jest to na sto procent próba oszustwa. Mimo to
zlecono po orzeczeniu wyroku, by młodzieniec udał się na badania do pobliskiego
szpitala. To istny cud, że dzieciak stamtąd nie uciekł, pewnie był pilnowany
przez kilku strażników. Okazało się też, że żona Hala Mooresa, Melinda,
przebywała w tym samym czasie w tym szpitalu.
Epilepsji oczywiście nie stwierdzono. Wharton
trafił do Cold Mountain szesnastego albo osiemnastego października, dwa
tygodnie po Johnie Coffeyu i tydzień albo dziesięć dni przed wykonaniem wyroku.
Tego dnia Paul wstał o czwartej rano z
okropnym bólem w kroczu, infekcja się nasiliła. Mimo okropnego samopoczucia
wyruszył do pracy bojąc się, że koledzy mogą sobie nie poradzić z Williamem. Po
doczłapaniu się do więzienia skierował się do Hala, by z nim o czymś
porozmawiać. Zastał go bardzo zmartwionego, z zapuchniętymi oczyma od płaczu.
Powiedział, że przyjdzie odwiedzić go potem, że nie chce teraz przeszkadzać,
jednak dyrektor poprosił by został. Powiedział, że Melinda ma guza mózgu i to
niemożliwego do zoperowania. Nie powiedział o tym Zonie. Rozpłakał się
ściskając podwładnego, a gdy się uspokoił, przeprosił za to, było mu wstyd, że
to zrobił.
11
„Myśleliśmy, że
jest otumaniony po badaniach. Myśleliśmy wszyscy, że jest otumaniony, prawda?”
mówił Dean. Miał purpurowo czarne sińce na szyi, było widać, że mówienie
sprawia mu okropny ból, miał niski charczący głos przypominający warczenie psa.
Harry pokiwał głową twierdząco, a za nim nawet Percy. Dali się oszukać
monotonności.
Do Indianoli wybrało się dyliżansem po
więźnia siedmiu mężczyzn – Harry, Dean, Percy, dwóch innych facetów z przodu i
dwóch z tyłu. Gdy zobaczyli go na pierwszym piętrze, facet ze splątanymi
długimi blond włosami, wąską „pryszczatą gębą”. Miał olewackie podejście do
wszystkich wokół, nie odwrócił się, gdy zapoznawano go z „programem
więziennym”. Z ust ciekła mu ślina, oczy miał nieprzytomne, ramiona bezwładnie
pochylone. Był tak samo przymulony jak wszyscy narkomani. Kazano mu włożyć
ubranie więzienne, lecz on był całkowicie uległy, nie był w stanie sam tego
zrobić. Strażnicy ubierali go po kolei, on nawet nie kiwnął palcem stojąc
bezwładnie. Symulował. Nie żeby chciał uciec, chciał po prostu narobić jak
najwięcej kłopotów przy pierwszej lepszej okazji, ale najpierw musiał sprawić
wrażenie naszpikowanego morfiną, żeby nikt nie podejrzewał, że coś może się
stać.
Założono mu łańcuchy przed wejściem do
dyliżansu – jeden na kostki, drugi na ręce. Jak się okazało, jeden był za
długi. Podczas drogi powrotnej „złamas” jak to go nazywał Percy, siedział ze
spuszczoną głową mamrocząc coś pod nosem, prawdopodobnie nucąc coś i ślinił
się, aż pomiędzy jego nogami utworzyła się duża kałuża.
Po odwiezieniu ich przed więzienie,
pozostali czterej pracownicy odjechali gdzieś, pozostawiając Deana, Harry;ego i
Percy’ego samych z jednym więźniem. Przeszli z nim kawałek w stronę drzwi, w
takim samym szyku jak prowadzono zawsze więźniów przez Zieloną Mię – Harry z
lewej, Dean z prawej, Percy z tyłu trzymając, pałkę w ręku. Nikt o tym Paulowi
nie powiedział, ale dobrze wiedział, że ją wyjął – Percy kochał swoją hikorową
lagę. W tym czasie Edgecombe siedział w celi czekając na Whartona, jak zwykle
na pryczy – siedział z dokumentami i myślał wyłącznie o tym, żeby wygłosić
swoją mowę i uciekać z tej ceeli jak najszybciej, bo ból w kroczu się znowu nasilał.
Dean dał krok do przodu, żeby otworzyć
drzwi, zaczął uchylać drzwi. Wówczas Wharton ocknął się, wydał z siebie
nieartykłowany okrzyk, który sparaliżował Harry’ego i całoowicie wyłączył z
akcji Wetmore’a. Paul myślał, że to pies wyje. Wharton przerzucił łańcuch,
który zwisał między jego dłońmi i zaczął dusić Deana Stantona. Dean odskoczył
do przodu, a Wharton radośnie ruszył za nim, popychał go wrzeszcząc i zanosząc
się dzikim śmiechem. Ściągnął jak najmocniej łańcuch i zaczął przeciągać go po
szyi strażnika raz w jedną stronę, raz w drugą, zduszając go coraz mocniej.
Harry skoczył mu na plecy, złapał za włosy i zdzielił z całej siły pięścią w
twarz, zapomniał o tym, że miał przy sobie pałkę i pistolet. Wharton zaskoczył
ich jak nikt inny. Rzucił Harrym na bok, ten uderzył w biurko i runął na
podłogę. „Juhuuuu, chłopaki! – zawył William. – Ale mamy zabawę, nie?! No,
powiedzcie sami!”. Zanosił się wciąż śmiechem. Przystąpił znowu do duszenia
Stantona. Harry ryknął na Percy’ego żeby go w końcu uderzył, ale Percy tylko
stał w miejscu zaciskając lagę z oczyma wielkimi jak pięciozłotówki. Miał
okazję by się wykazać, zawsze o tym marzył … i nie zrobił tego. Wharton był
wcielonym diabłem.
Paul wybiegł z celi Whartona, wyciągnął z
kabury swoją trzydziestkęósemkę, po raz drugi tego dnia zapomniał o swojej
infekcji. Ujrzał niesamowicie radosną twarz potwora. Nareszcie robił to, co
było jego powołaniem. Gdy spostrzegł Paula z pistoletem, odwrócił się tak, że
gdyby do niego strzelono, oberwałby i on i Dean. Łypiące zza ramienia Deana
niebieskie oko prowokowało Paula do strzału …
Część trzecia
Dłonie Coffeya
1
Przeglądając
swoje zapiski, Paul stwierdził, że nazwanie miejsca, w którym teraz mieszka
„domem opieki” zdenerwowałoby ludzi pracujących tutaj. Albowiem w broszurce
jest napisano, że to
supernowoczesny ośrodek wypoczynkowy dla ludzi w podeszłym wieku”. Z Centrum Rekreacji – mieszkańcy, którzy uważają się za więźniów tego miejsca, nazywają je po prostu pokojem telewizyjnym.
supernowoczesny ośrodek wypoczynkowy dla ludzi w podeszłym wieku”. Z Centrum Rekreacji – mieszkańcy, którzy uważają się za więźniów tego miejsca, nazywają je po prostu pokojem telewizyjnym.
Paul uważany jest za odludka, ponieważ
zbyt często nie schodzi w ciągu dnia na telewizję, a to z powodu programów,
które inni tam oglądają. Działają mu na nerwy. Jego Specjalna przyjaciółka,
Elaine Connely, uważa tak samo – jest osiemdziesięciolatką, ma świetny wzrok i
wciąż wyprostowaną sylwetkę. Szczupła, bardzo inteligentna i wytworna. Porusza
się powolnie, ma coś z biodrami, ma bóle stawów w dłoniach, ale ma piękną długą
szyję i ładne długie włosy. Nie uważa Paula za odludka albo egoistę, narcyza, a
to jest najważniejsze. Gdyby nie był tak stary, pewnie nazwałby ją swoją
dziewczyną.
Pewnego ranka (około czwartej leciał
zawsze program dla „porannych ptaszków, który zdarzało mu się oglądać) czuł
zimno na całym ciele, z wyjątkiem krocza, które wspominało pewnie jeszcze infekcję.
Elaine widząc to podeszła tak szybko, jak tylko jej na to pozwalały tkwiące w
biodrach zardzewiałe gwoździe i potłuczone szkło, pytając nerwowo co mu się
stało. Z trudem powiedział, że nic mu nie będzie, że zaraz będzie zdrów jak
ryba. Objęła go ramieniem i zapytała „Ale co się stało? Wyglądasz jakbyś ujrzał
ducha.” Paul pomyślał, że rzeczywiście go ujrzał. Zdał sobie sprawę, że nie
tylko pomyślał, ale i to powiedział. Wytłumaczył się zaraz, że niedosłownie.
Porozmawiali o pracy Paula w więzieniu. O chorobie Nory. O ataku Whartona.
Elaine wiedziała, że jej przyjaciel pisze o tym książkę. Rozmyślając o tym
wszystkim Paul poszedł w nocy do pokoju telewizyjnego. Leciał film Pocałunek Śmierci. Opisał po krótce
fabułę filmu dochodząc do punktu kulminacyjnego – Zbrodniarz przypominający
niesamowicie Whartona, spycha starszą panią ze schodów. Wtedy wyłączył film.
Porozmawiał jeszcze krótko z Elaine.
2
„Juhuuu,
chłopaki! Ale mamy zabawę, nie? No, powiedzcie sami!” Wrzeszczał śmiejąc się.
Dusił przy tym łańcuchem Deana. Wiedział w końcu, że człowieka można usmażyć
tylko raz, prawda? Harry wrzeszczał, by Percy uderzył Whartona, a ten stał w
osłupieniu. Paul wybiegł, wymierzył pistolet w parszywca, a ten wystawił przed
siebie Deana narażając również jego na postrzał.
W tym zdarzyło się coś wspaniałego.
Zdarzył się cud. Brutus Howell stanął w otwartych drzwiach. Nie wahając się,
podbiegł do nich odpychając Percy’ego na ścianę, aż mu zęby zadzwoniły, dotarł
do Dzikiego Billa z pałką w ręku i uderzył go z całej siły w głowę. Wybrzmiał
głuchy odgłos, jakby czaszka napastnika była pusta. Osunął się na nogi niczym
worek cementu. Dean wycharczał by zająć się Whartonem i zamknąć go w celi.
Wyglądało jednak na to, że nie będzie potrzebna cela, a trumna … Jednak tyle
szczęścia nie mieli. Miał rozbitą głowę, ale żył. A Percy ciągle był zaćmiony,
dopiero po kilku krzykach w jego stronę, zareagował i pomógł odnieść Whartona.
Po trzech godzinach się obudził – zmienił swą postawę tak szybko jak i się
poruszał. Jeszcze przed chwilą leżał śpiąc, a nagle, cicho jak kot, przemieścił
się i stanął przed kratami, co przestraszyło Paula, jednak nie chciał dać tego
po sobie poznać. „Hej, łapsie. – powiedział Wharton. – Następny będziesz ty. I
tym razem nie skrewię”. „ Cześć, Wharton. – odparł Paul najspokojniej jak mógł.
- Biorąc pod uwagę okoliczności, możemy
sobie chyba darować mowę powitalną, nie sądzisz?”. Uśmiech młodego psychopaty
zgasł, nie spodziewał się takiej odpowiedzi. No i Paul nie odezwałby się do
niego w ten sposób w innej sytuacji, ale coś wydarzyło się, kiedy Wharton był
nieprzytomny. Coś niewiarygodnego.
3
Po całym zajściu
wszystko się uspokoiło. Percy tylko raz wrzasnął na Delacroix, ale to raczej z
szoku, a nie z wrodzonego taktu. Gdyby miał jeszcze pretensje do Brutala, że
ten go odepchnął na ścianę, chyba on, Brutus i Harry (bo Dean nie był w stanie
niczego zrobić) by go zabili i odwiedziliby Zieloną Milę w innym celu.
Upewniono się, że Dean jeszcze nie odchodzi na tamten świat, zaprowadzono go do
ambulatorium. Delacroix zaczął się awanturować, krzyczeć, że musi wiedzieć co
się stało. Jakby naruszono jego konstytucyjne prawa. „Zamknij się, ty cioto!”
wrzasnął Percy. Określenie „wkurzony” było tym razem zupełnie nietrafne. Był o
wiele więcej niż wkurzony, drżał ze
złości. Paul rozkazał, żeby odszedł do gabinetu dyrektora i zdał mu
sprawozdanie. Żeby nie stopniował napięcia. Żeby nie pominął faktu, że na bloku
jest teraz spokojnie. Percy dumnie wypiął pierś, zgodził się na to bez żadnego
„ale” i odszedł w ciszy. Pozostali zaczęli się martwić o Paula, pytać czy
czasem nie zachorował, bo miał spoconą twarz. Powiedział, że rzeczywiście nie
najlepiej się czuje i odszedł do toalety z palącym bólem w kroczu. Ból był tak samo silny jak rankiem,
ledwo zdołał powstrzymać okrzyk. Po wyjściu z łazienki Paul przechodził obok
celi Coffeya. Musiał sprawdzić, czy czasem nie popełnił samobójstwa w
najpopularniejszy ze sposobów na bloku E – wieszając się na własnych spodniach,
tudzież przegryzając żyły na nadgarstkach.
Po prostu siedział na pryczy i przyglądał
się mu swoimi dziwnymi wilgotnymi oczyma. Zawołał Paula do siebie, prosząc by
ten się z nim zobaczył, ale nie przez kraty, tylko wewnątrz jego celi. Wszedł
do środka, mimo protestów Francuza, który twierdził, że John go zabije. Paul
zrelacjonował całe zajście z nowym więźniem na prośbę olbrzyma. W pewnym
momencie, gdy Edgecombe zasiadł na pryczy obok Johna, zapytał: „Czego chcesz,
Johnie Coffeyu?”. Ten odparł „Tylko pomóc” i położył rękę kilka cali pod
pępkiem strażnika. Strażnik wrzasnął na niego, by zabierał ręce z powrotem,
kiedy poczuł niesamowitą ulgę, jakby nagle ktoś zabrał jego infekcję w całości,
pozostawiając go zupełnie zdrowego. Wtedy coś dziwnego zaczęło się dziać z
Johnem Coffeyem. Miał szeroko otwarte oczy, wyglądał jakby się dusił. Teraz
każdy por na jego twarzy był widoczny. Rozchylił usta i wyleciała z nich chmara
małych czarnych robaków, które zniknęły w blasku białego światła. Strażnik
zorientował się, że wołał „Chryste, Chryste, Chryste” i Del wołał o pomoc.
Zawołał do niego by się zamknął i znowuż zajął się Johnem nie zważając na wycie
mordercy z Luizjany. Gdy zapytał Johna „Co takiego zrobiłeś, Duży? Co takiego
zrobiłeś?”, odpowiedział mu „Pomogłem, szefie. Pomogłem, prawda?”. Po
potwierdzeniu i zapytaniu jak to zrobił, pokręcił głową i wzruszył ramionami.
Kiedy strażnik opuścił celę, Del wypytywał co „ten czarnuch zrobił? Bo przecież
nawet chodzisz inaczej, szefie!”, a Paul zbywał go udając, że nie wie o co
chodzi. Francuz mówił też, że mysz mu powiedziała, że Coffey jest czarodziejem.
Wtenczas gdy dyskusję zakończyli, Paul popatrzył od niechęcenia na formularz ze
sprawozdaniami i poszedł do toalety. Od dawna nie czuł się tak dobrze przy
sprawach fizjologicznych, był naprawdę szczęśliwy, ale i zdumiony jednocześnie.
„Pomogłem, prawda?” – to zdanie wciąż chodziło mu po głowie.
4
Wieczorem, przed
wyjściem z bloku, Paul ustalił z Brutalem, że ten zastąpi go, gdyby Paul się
spóźnił do pracy, i następnego dnia pojechał rano do Tefton. Żona Paula
stwierdziła, że jego przejęcie się Johnem jest dość niepokojące.
Strażnik zajrzał
najpierw do redakcji „Intelligencer”, gdzie powiadomiono go, iż facet, którego
poszukiwał – Burt Hammersmith – najprawdopodobniej jest w sądzie. Tam też go
odesłano do innego miejsca, w końcu okazało się, że Hammersmith siedzi
aktualnie w domu, gdzie też Paul się udał.
Żona Hammersmitha była
młodą kobietą o ładnej, zmęczonej twarzy i rękach zaczerwienionych od szarego
mydła, poprowadziła Paula bez zbędnych pytań do swojego męża. Burt siedział z
oranżadą i czasopismem na kolanach, na podwórzu zaś dwójka bawiła się dwójka
dzieci. Facet był boleśnie chudy, jakby wracał do zdrowia po ciężkim choróbsku,
przerzedzały mu się włosy. Opowiedział Paulowi całą historię o Johnie Coffeyu,
o tym, czego nie napisał w gazecie, bo redakcja uznała to za zbyt brutalne.
Poprosił Paula, by powiedział dlaczego jednak chciał to wszystko wiedzieć, bo
tłuc się pięćdziesiąt mil (z czego dwadzieścia ostatnich polną drogą) dla
zaspokojenia ciekawości to rzecz nierealna. Musi być w tym jakiś cel.
Paul zastanawiał się
tak naprawdę, czy przyskrzyniono właściwego człowieka. Czy ten Murzyn, który w
nocy płacze i boi się ciemności, leczy w magiczny sposób schorzenia i niesie w
sobie jakąś niezwykłą tajemnicę, aby na pewno jest mordercą. Powiedział
dziennikarzowi, że chciałby przede wszystkim wiedzieć czy Coffey ma jakąś
mroczną przeszłość sięgającą poza mord na bliźniaczkach Dettericków, bo
zazwyczaj ludzie, którzy robią takie rzeczy, nie robią tego tylko raz. Mają do
tego upodobanie. Rozmawiali o przeszłości Johna, jednak nie wiedzieli nic
więcej poza tym, że prawdopodobnie wykonywał jakieś prace przy przenoszeniu
pudeł, szwendał się przy torach i takie tam. Burt twierdził, że morderstwo
zostało i tak popełnione na tle rasowym. John jest czarny, dziewczynki były
białe. Zapytał też, czy Edgecombe zauważył blizny na ciele Johna. Jedne
nakładały się na drugie tworząc prawie równy deseń, a to znaczyło, że ktoś
chciał go zatłuc na śmierć gdy jeszcze był dzieckiem. Zawołał swoje dzieci –
teraz było widać, że na sto procent są to chłopiec i dziewczynka i są
bliźniakami. Chłopiec chodził ze spuszczoną głową. Nie chciał pokazać twarzy,
jednak Burt namówił go do tego. Blizna ciągnęła się przez całą połowę twarzy –
przez martwe już oko, policzek, w którym niegdyś była dziura, na szczęście dziś
zagojona, aż do ust, wykrzywionych w szyderczym uśmiechu przez szramę. Zrobił
mu to pies, który był wychowywany z tymi dzieciakami. Nigdy nikogo nie gryzł,
nie zrobił krzywdy – raz tylko chłopiec stanął źle. Nie zrobił psu na złość,
nijak go nie denerwował. Po prostu źle ustawił głowę i pies pomyślał – jeśli
taki proces zachodzi w mózgu zwierzęcia – że może skoczyć i ugryźć tak, żeby
zabić. Gdyby nie to, że Hammersmith był przy tym, nie miałby pewności, że
dziecko nie zawiniło. Sam to widział, wiedział że psu po prostu „odwaliło”. Na
szczęście uratowano dziecko i nie oślepło do końca. Tą metaforą dał Paulowi do
zrozumienia, że Coffey mógł nigdy nie planować morderstwa i gwałtu, tylko też
zobaczył te dzieci i przyszło mu na myśl, że może to zrobić.
5
Dziki Bill znalazł się w izolatce już
nazajutrz po przyjeździe. Rano był spokojny, a okazało się, że to właśnie
będzie wróżyć najgorsze aż do dnia jego śmierci. Około dziewiętnastej
trzydzieści, Harry poczuł jak coś ciepłego rozlewa się po jego spodniach,
zmienionych niedawno na czyste. To był mocz. Odwrócił się w stronę źródła, z
którego się wydobywała ciecz i zobaczył szczerzącego się z tymi swoimi
poczerniałymi kłami Whartona.
W
ramach zemsty Paul chwycił kaftan bezpieczeństwa, Harry szlauch, który Dean i
Brutal rozwijali jak najszybciej, i ruszyli w stronę półnagiego Dzikiego Billa.
Zaczął się śmiać i płakać z rozbawienia wykrzykując jakieś głupoty, mina mu
zrzedła dopiero gdy zobaczył, że Paul otwiera jego celę. A jeszcze bardziej
widząc Brutala z rewolwerem i pałką w ręku. „Wejdziecie tutaj o własnych
siłach, ale wyniosą was na noszach, macie na to słowo Billy’ego Kida.” –
zagroził. – „A ty stary pierdoło, nie myśl, że uda ci się włożyć mi to ubranko”
zwrócił się do Paula. Grożąc wciąż, wskoczył na pryczę wymachując do nich
rękami i przeklinając. Skoczył w stronę Brutala, ten obezwładnił go celnym
ciosem pałką i kazał odkręcić wodę do oporu. Strumień wody przycisnął Whartona
do ściany, zmydlił go całkiem. Harry i Paul założyli mu zaraz kaftan bezpieczeństwa
i odprowadzili do izolatki.
Will
wrzeszczał na Paula, żeby nie nazywał go „Dzikim Billem”, bo „Dziki Bill
Hickock nie był rewolwerowcem! I nigdy nie zabił niedźwiedzia myśliwskim nożem!
Był po prostu kolejnym niewydarzonym gliniarzem. Głupi dupek siedział odwrócony
plecami do drzwi i dał się zabić jakiemuś pijakowi!”. Brutus rzekł, że Wharton
niedługo sam przejdzie już do historii, tak jak i Dziki Bill, i znowu nazwał go
tym mieniem. Więzień rzucił się na niego wydając z siebie nieartykułowany (jak
zwykle) okrzyk, zapominając o tym, że niewiele zrobi w kaftanie bezpieczeństwa.
Percy wyciągnął już pałkę – niezawodny sposób na każdy życiowy problem
Wetmore’a. – ale Dean powstrzymał go. Odprowadzili parszywca do specjalnej
celi, po drodze jeszcze odwalił numer z „atakiem” padaczki, jednak nie bardzo
to wzruszyło strażników.
Następnego dnia, Wharton po odprowadzeniu
do normalnej celi zaręczył, że po tej nauczce będzie już grzeczny. Po południu
kupił jakiś czekoladowy wytwór od Tu-Tuta. Miał zakaz kupowania takich rzeczy,
ale popołudniowa zmiana składała się z żółtodziobów i Tu-Tut, mimo, że wiedział
o zakazie, sprzedałby nawet własną matkę dla paru groszy. Wieczorem, gdy Brutal
robił obchód, Wharton stał przy kratach i tylko czekał aż klawisz podejdzie.
Nadusił dłońmi wydęte policzki i trysnął strugą czekolady prosto w twarz
strażnika. Wykonawszy to, upadł na pryczę śmiejąc się i wierzgając nogami z
cieknącą czekoladą po brodzie. „Jak się masz, czarny królu? – zapytał. – Jaka
szkoda, że to nie jest ka-ka… Rany jaka szkoda! Gdybym tylko miał w sobie choć
odrobinę ka-ka …” ryczał śmiejąc się. Brutal odparł, że on sam jest „ka-ka” i
że ma nadzieję, że manatki są już spakowane, bo Wharton spędzi kolejną noc w
pokoju z miękkimi ścianami. Ten darł się kilka razy wewnątrz niego, że umiera,
że potrzebuje lekarza i takie tam. Brutal uznał w końcu, że oplucie strażnika
czekoladą było dość oryginalne, jednak sam upór „tego gnojka” był dla nich dość
niepokojący, wzbudzający lęk.
6
Żona Hala Moores’a wróciła w tym samym
tygodniu po badaniach do domu. Lekarze zostawili jej jakąś ilość tabletek
morfiny i odesłali ją by umarła w domu. Niedługo po jej przyjeździe Paul udał
się do domu Mooresów z żoną, w odwiedziny.
Melinda wyglądała, jakby naciągnięto na
jej szkielet siatkę żyłek i skórę.
Rozmawiała z Janice i płakała mówiąc o chorobie. Wtedy Hal wyrwał Paula
do drugiego pomieszczenia polewając mu whisky. Powiedział Paulowi o diagnozie
lekarzy, o tym jak mają wyglądać kolejne fazy choroby i zmienił temat, gdy
czuł, że niewiele brakuje by doprowadzić go do płaczu. Szef wypytywał o
Whartona, o więzienie. Ale strażnikowi po głowie chodziła tylko wypowiedź
Johna. „Pomogłem, szefie. Pomogłem, prawda? Pomogłem, prawda?”. Po powrocie do
domu, poszli się kochać z Janice. Wciąż błądził myślami powracając do Johna i
do Delacroix. Zbliżała się data jego egzekucji. Paula niepokoiła myśl, że Percy
może coś zrobić nie tak, umyślnie.
7
Mężczyźni namówili Delacroix, żeby odszedł z nimi do gabinetu
dyrektora, choć Francuz się wciąż stawiał. Nie wiedział o co im chodzi,
denerwował się przez to. Strażnicy wyjaśnili, że Hal wziął chorobowe (wszystkie
dni jakie mu przysługiwały jeszcze!) i teraz to dyrektor Anderson opiekuje się
więzieniem. Anderson słyszał o myszy Dela i chciałby zobaczyć jej występ.
Eduard wniebowzięty poszedł z Panem Dzwoneczkiem do gabinetu, by wykonać pokaz.
W tym czasie mężczyźni przeprowadzili próbę egzekucji z pomocą Tu-Tuta.
8
Obie próby przeszły bardzo dobrze, Percy o dziwo zachowywał się
wzorowo, o niebo lepiej niż w marzeniach Paula. W każdym razie, po tym
wszystkim Wharton stał przy kratach i dawał Percy’emu dobre rady, a ten udawał,
że ich słucha. Kazał mu zachować milczenie, a Wetmore położył palec na ustach
potwierdzając to. W tym momencie Brutal wszedł z Delem na korytarz i
odprowadził go do celi. Był wniebowzięty.
Kolejne zdarzenia
wynikały chyba z tego, że Percy chciał przeprosić za swój wybryk. Paul
wspominał o tym, że goniąc mysz po Zielonej Mili, nie zbliżał się do klatki
Prezesa ze względów bezpieczeństwa. Teraz na to nie zwracał uwagi, bo żadnego z
nich nie było już między nimi – tylko Del, John i Wharton. Teraz ruszył za
Delacroixem i Brutalem, wołając do Francuza: „Hej, Del! Hej, ty głupi gnojku,
nie miałem wcale złych zamiarów! Nic ci się nie sta…” i w tym momencie Wharton
podbiegł do krat, złapał Percy’ego za ramiona, potem za gardło i przyciągnął do
siebie. W całej swojej karierze Paul nie widział nikogo, kto poruszałby się tak
szybko. Percy zakwiczał spodziewając się najgorszego.
„Jakiś ty słodki –
szepnął Wharton, po czym trzymając go jedną ręką za gardło, drugą zmierzwił mu
włosy. – Co za loki – stwierdził kpiącym tonem. – Jak u panienki.” Dodał
jeszcze jeden tekst, niedwuznaczny, a następnie pocałował go w ucho. Percy
zaczął cicho łkać, w pełni świadom tego co się dzieje. Strażnicy ruszyli w jego
stronę z broniami, wtedy dopiero Wharton wypuścił Percy’ego szczerząc się i
broniąc tym, że „przecież nic nie zrobił, tylko żartował”. Percy przebiegając
na ukos Zieloną Milę wyglądał jak ktoś, kto omało nie padł ofiarą gwałtu,
oddychał ciężko oparty o ścianę.
Wszyscy stanęli jak
wryci, jedynym słyszalnym dźwiękiem poza oddechem Percy’ego, był jeden podobny
do niego, tylko bardziej świszczący, różniący się od tego poprzedniego. Ciszę
przerwał rechot Dela, który darł się, rycząc ze śmiechu, żeby spojrzeć na
Percy’ego, który właśnie zeszczał się w spodnie. Gdy Paul podszedł i położył mu
rękę na ramieniu, stracił ją i oprzytomniał. Syknął, że to nie ma prawa wyjść poza
mury bloku, i że jeśli tak będzie, to wszyscy pożałują. Cóż, gdyby tak się
stało, to powieść krążyłaby wszędzie, zwłaszcza, że jego nazwisko jest niezbyt
fortunne w tym kontekście. Wetmore z angielskiego oznacza „bardziej mokry”.
Wharton rozmarzonym głosem rzucił „Jest taki śliczny …”, a potem został
uciszony przez Harry’ego.
9
Paul spotkał Billa Dodge’a, porozmawiał z nim na temat
nadchodzącej śmierci Delacroixe’a i nieudanych, przykrych żartów Whartona.
Facet powiedział, że ma wrażenie, że ten upał (gorszy niż wszystkie inne z
ostatnich dni) źle wróży. Że czuje nadchodzące nieszczęście.
I miał racje, bo mniej
więcej kwadrans po dziesiątej Percy zabił Pana Dzwoneczka.
10
Mimo upalnej nocy, wszystko zapowiadało się dobrze – Dziki Bill
starał się przekonać wszystkich, że jest Billem Łagodnym, Coffey nie sprawiał
jak zwykle żadnych problemów, a Delacroix był nieprawdopodobnie radosny jak na
człowieka, który miał się spotkać za cztery godziny na randce ze Starą Iskrówą.
Jedynym jego zmartwieniem było to, co się stanie po jego śmierci z Panem
Dzwoneczkiem. Niczym innym się autentycznie nie martwił. Rozmawiał długo ze
strażnikami na temat tego, co kto może zapewnić. Ściemnili mu (jak to zwykle
robią, by zapewnić skazańcom dzień przed śmiercią jak najlepszy humor,
pokrzepienie na duchu). Słysząc opowieść o rzekomo istniejącym raju na ziemi
dla takich genialnych myszy jak Pan Dzwoneczek, czyli „Mouseville”, uradowany
rzucił szpulkę mocniej niż zwykle. Ta odbiła się od ziemi, przeleciała przez
pręty na korytarz, a zaraz za nią Pan Dzwoneczek i w tym Percy ujrzał swoją
szansę.
„Nie, ty durniu!”
wrzasnął jeden ze strażników, lecz było już za późno. Percy zmiażdżył małe
ciałko swoim potężnym buciorem. Kręgosłup Pana Dzwoneczka pękł z trzaskiem, a z
pyszczka prysnęła krew. Wetmore krzywo się do niego uśmiechnął. Uśmiechnął się
potem do trójki strażników i rzekł, że wiedział, że w końcu to zrobi, że to
była kwestia czasu i w końcu go dopadł.
Część czwarta
Zła Śmierć Eduarda Delacroix
1
Paul znowuż powraca do tego, co się dzieje w Georgia Pines. Mówi o
tym, że pisze dziennik, poza tą książką. Mówi o pogodzie, o jedzeniu, o
problemie o którym rozmawia ze swoją przyjaciółką. W momencie, gdy wychodzi na
spacer, spotyka Brada Dolana. Ponaprzykrzał mu się trochę, nie dopuścił go do
wyjścia na spacer i w ten sposób Paul powrócił do Elaine, rozmawiał z nią o
Dolanie i o sekrecie, o który go podejrzewają.
2
Percy wyjaśnił, że jego zemsta na Delu i myszy była tylko kwestią
czasu, że to rzecz do przewidzenia. Dean wyklinając go, zapytał „Coś ty zrobił,
durny ciołku?!”, a ten nie odpowiedział, tylko poszedł do gabinetu milcząc.
Wharton odpowiedział, że Wetmore właśnie nauczył pewnego żabojada, że nie można
się z niego śmiać. Del zawodził, modląc się po francusku i płacząc przeraźliwie
za Panem Dzwoneczkiem. John rozkazał, by dać mu mysz. Paul zrozumiał o co
chodzi i prawie martwe zwierzę Coffeyowi. Murzyn wziął Pana Dzwoneczka w obie
ręce, przyłożył usta do jego pyszczka i wyssał z niego coś, czego stanu
skupienia nie można było określić. Po chwili zaczął się krztusić i, jak
wcześniej, wypluł chmarę czarnych robaków, które zniknęły wraz z rozbłyskiem
białego blasku. I nagle Pan Dzwoneczek ożył. Tym razem John Coffey dokonał cudu
na oczach wszystkich. „Pomogłeś, prawda Duży?” zapytał Paul. „Pomogłem, szefie.
Pomogłem myszy Dela. Pomogłem …” tu przerwał zapomniawszy imienia zwierzaka.
„Panu Dzwoneczkowi” – podpowiedział Paul. „Pomogłem Panu Dzwoneczkowi. To
cyrkowa mysz. Będzie mieszkać w domu ze szkła”. – rzekł z dumnym, łagodnym
uśmiechem. „Żebyś wiedział, że będzie” – odparł Howell. „Szef Percy jest zły.
Szef Percy jest podły. Nadepnął na mysz Dela. Nadepnął na Pana Dzwoneczka”
oznajmił, nim ktokolwiek zdążył mu cokolwiek odpowiedzieć, położył się na swojej
pryczy.
3
Gdy Paul i Brutal
znaleźli Percy’ego, czyścił akurat nogi Starej Iskrówy. Nastraszyli go trochę,
oczywiście starał się ich uciszyć grożąc swoimi „znajomościami”, ale
powiedzieli, że poza dręczeniem więźniów i współpracowników, doniosą na niego,
że nie pomógł Deanowi, który o mało nie zginął dlatego, że pomoc nadeszła tak
późno, a Percy wtedy stał tak blisko i nie kiwnął nawet palcem.
4
Kolejny dzień zaczął się spokojnie – Del bawił się z myszą nie
zwracając uwagi na prowokacje Whartona. Przyjechał duchowny, który miał odmówić
modlitwę z Delem przed jego egzekucją. Około jedenastej zjeżdżali się
świadkowie, wśród nich na sali pojawiły się dwie kobiety – siostra dziewczyny,
którą Del zgwałcił i zamordował, oraz matka jednej z ofiar pożaru.
O wpół do dwunastej
strażnicy udali się po Eduarda do jego celi. Mężczyzna płakał gładząc sierść
Pana Dzwoneczka. Paul zaczął odmawiać swoją mowę, gdy Del mu przerwał i
poprosił, by zabrał mysz, aby nic jej się nie stało. John dostał mysz na przechowanie
(za pozwoleniem właściciela) i po oficjalnej mowie, Eduard Delacroix udał się
na swój ostatni spacer po Zielonej Mili. Francuz wypłakał się duchownemu i
odeszli do sali egzekucyjnej. Wszystko szło gładko, dopóki Del nie ujrzał
Percy’ego czekającego przy Wyżymaczce z gąbką i wiadrem wody. Wtedy zaczął
lamentować, ale uspokojony przez Deana, Brutusa i Paula zdecydował się
zamilknąć i odejść tak, żeby nie narobić sobie wstydu (jeszcze większego niż
dotychczas). Po przejściu oficjalnych procedur, Percy rozkazał przełączyć
„Suszarkę Mabel” na jedynkę. Po wyłączeniu, Percy znowu odmówił regułkę
wypowiadaną podczas „smażenia” więźniów i zapytał, czy Del ma coś do
powiedzenia. Francuz wyraził skruchę, powiedział, ze chciałby cofnąć czas i
poprosił, by strażnicy pamiętali obietnicy związanej z Mouseville.
Potwierdzili, że będą o tym pamiętać. Percy rzucił w perfidnym uśmiechem:
„Takiego wała.” i wyjawił prawdę na temat tego, że Mouseville wcale nie
istnieje. Percy po raz pierwszy złamał zasady po tym wszystkim: zmienił
kolejność nakładania kasku i całej reszty skazańcowi. Ktoś powinien się
zorientować, że wszystko od tego momentu pójdzie nie tak, ale byli za bardzo
zdenerwowani. Gdy Percy kończył przygotowywać wszystko, Paul zrozumiał, że coś
poszło źle – przecież po twarzy Dela nie spływała woda z gąbki. Gdy chciał
zwrócić uwagę Percy’emu i naprawić ten błąd, było już za późno. Suszarka Mabel
została przełączona na kolejne biegi i tak oto Francuz zaczął się smażyć. Jego
włosy, ubrania … Wszystko się zajęło. W pewnym momencie materiał zsunął się z
twarzy więźnia ukazując teraz rysy twarzy ciemniejsze niż u Johna Coffeya i
oczy, wyglądające jak zniekształcone galaretowate kulki, które nagle wypadły z
oczodołów na policzki. Jego twarz, zaczęła się stapiać, palić. Ludzie wtedy
ogarnęli, że dzieje się coś strasznego i zaczęli krzyczeć w przerażeniu,
wycofywać się z sali. Wszystkiemu towarzyszyły grzmoty piorunów wstrząsające
pomieszczeniem. Ktoś pytał Paula, czemu nie wyłączają maszyny, ten odparł
tylko, że wszystko już zaszło za daleko i trzeba czekać, aż Ed umrze. Niedługo
po tym kazano wyłączyć maszynę, Percy został zmuszony do ugaszenia zwłok
gaśnicą, bo to w końcu „jego przedstawienie” i wynieśli to, co pozostało z
ciała Delacroixa. Wszędzie było czuć okropny zapach palącego się ciała
5.
Brutus chciał stłuc Percy’ego za to
wszystko. Wiedział, że zrobil to umyślnie i nie mia zamiaru puścić mu tego
płazem. Gdy jednak Paul go powstrzymał, zagrozili mu bliższym spotkaniem z
Whartonem i innymi takimi. Przyszedł Curtis, niesamowicie zdenerwowany.
Wypytywał co to miało znaczyć, dlaczego doszło w ogóle do takiej sytuacji i kto
był za to odpowiedzialny. Powiedział, że podłoga na górze jest cała w
wymiocinach, ludzie powywracali krzesła uciekając, a Wharton już śpiewa o tym
wszystkim piosenkę. Porozmawiali o całym zajściu i ich opuścił.
6
Gdy wrócili na Zieloną Milę, Paul musiał
napisać raport. Wharton wciąż śpiewał, a John płakał rzewnie, więc Paul
zdecydował się porozmawiać z nim o śmierci Delacroixa. Gdy kończyli rozmawiać,
zapytał o Pana Dzoneczka, gdzie aktualnie jest. Olbrzym poinformował, że uciekł
do izolatki. Strażnik naczelny się tym nie przejął, mówiąc, że pewnie niedługo
wróci. Ale tutaj się mylił, Matros Willy już nigdy nie wrócił i jedynym śladem
po nim, była odnaleziona tamtej zimy dziura, w której były kawałki kolorowej
szpulki i unosił się z niej zapach miętowych cukierków. Wtedy Paul ukląkł na
kolano i zdjął jeden but.
7
Po powrocie do domu Paul spotkał Janice
czekającą na niego jak zwykle po egzekucji. Na jej prośbę opowiedział jej całą
historię, choć wcześniej tego nie zamierzał. Mniej więcej w połowie wybuchł
płaczem, co było dla niego bardzo dziwne.
W nocy rozmyślał o Jonie Coffeyu, o Panu Dzwoneczku i o chorobie
Melindy. O tym jak John pomaga chorym i o tym, jak z powodu choroby cierpi pani
Moores. Nawet tej nocy mu się przyśnił. I zwłoki małych dziewczynek.
8
Rankiem, gdy
strażnik naczelny wypijał na werandzie trzecią już kawę (czego Janice nie
pochwalała) o trzymał telefon od Hala. Hal powiedział, że wie już o problemach,
nie powie Paulowi kto doniósł, widział już wniosek o przeniesienie Percy’ego i
omówił różne sprawy organizacyjne. Wiedział, że Paul boi się o to, że Percy wciąż będzie na bloku, gdy
nadejdzie pora na egzekucję Johna Coffeya, jednak wtedy na pewno Wetmore będzie
umieszczony w nastawni i nikt nie będzie temu protestował. Wtedy Paul zapytał
jak się czuje Melinda. Po chwili ciszy usłyszał, że ona tonie, zapada się. Bóle
głowy już trochę ustąpiły, ale Mel zaczęła bluzgać. I to naprawdę okropnie.
Mówiła słodkim głosem: „Możesz mi podać ten egzemplarz
<<Liberty>>?” I wtrącała tam przynajmniej dwa wulgarne wyrażenia.
Obiecał modlić się za Melindę i rozłączył się, następnie po zapytaniu Janice opowiedział
jej o zdrowiu Melly. Żona zauważyła, że Paul wpadł na jakiś dziwny pomysł.
Zaczęła o niego wpytywać i jedyne co się dowiedziała, to że jest tajny, być
może niebezpieczny i nie wiadomo czy dojdzie do skutku.
9
Paul zaprosił
Deana, Harry’ego i Brutala na lunch, nie mówiąc im o co mu chodzi. W tajemnicy
przed żoną prowadził z nimi rozmowę na temat Johna i jego magicznego sposobu
uzdrawiania, choroby Melindy i powiązania między tym, dzięki któremu można by
uczynić Melindę zdrową, spróbować pomóc jej choć odrobinę. Omówili szczegóły
planu nocnej wyprawy. Byli pewni jedynie tego, że mają ogólny plan jak do tego
mogłoby dojść – nie mieli pewności czy nie targają się z motyką na słońce, czy
nie oszaleli, czy magia Johna Coffeya nie jest obłudą i czy wszystko wypali bez
złapania ich przez potencjalnych świadków-kapusiów. Czy Hal nie zastrzeli ich
zanim dostaną się do domu Mooresów.
Część piąta
Nocna Wyprawa
1
Paul stwierdził,
że to co właśnie robi – pisanie w domu starców – jest jak maszyna czasu. Jego
własna i niepowtarzalna. Przez cały dzień pisał, nie robiąc sobie żadnych
przerw, gdy w końcu pomyślał nad rankiem, że mógłby się wyrwać na spacer do
lasu. Popatrzył, czy ze strony lewego skrzydła nie stoi samochód Dolana –
oczywiście go nie było, ale skąd mógł mieć pewność, że ze strony prawego
skrzydła dalej go nie ma? W tym momencie wystraszyła go Elaine. Wiedziała, że
Paul szuka samochodu Dolana i chce się wyrwać na chwilę na spacer. Powiedziała
mu, że Dolan siedzi w kuchni, bo specjalnie szła to sprawdzić. Następnie uparła
się, że musi iść z nim na spacer. Paul dostał kilka grzanek (już zimnych,
spóźnił się na śniadanie) od kucharzy i poszli dalej. Elaine pokazała Paulowi
wcześniej papierosy, kazała mu na siebie poczekać obok jednej z łazienek, a ona
w tym czasie pójdzie się „zakurzyć”.
Spytał dlaczego to robi, skoro od wielu lat już nie paliła. Powiedziała, że ma
zamiar sprawdzić jak szybko włączą się zraszacze po wykryciu dymu i wtedy Paul
zrozumiał, że robi to dla niego, żeby mógł się wyrwać. Chwilę później już
wszyscy biegali wystraszeni pożarem, a Paul czmychnął do lasu i zdecydował, że
w końcu wyjaśni o co chodziło z butem, który podarował Johnowi. Zwołał kiedyś
do siebie Deana, Harry’ego i Brutala, rozmawiał z nimi o planowanej nocnej
wyprawie z Johnem Coffeyem. Dean zapytał co się stanie, kiedy John ucieknie im
podczas tej wyprawki i być może kogoś zabije? Przecież Dean ma żonę i dwójkę
dzieci na utrzymaniu, nie może sobie pozwolić na coś takiego.
Wszyscy patrzyli w osłupieniu na Paula,
czekając na jego reakcję.
2
Odpowiedział, że
nic takiego się nie stanie. Ma pewność z kilku względów – po pierwsze: but.
Mężczyźni nie rozumieli jaki związek jest między butem, a Coffeyem. Paul
wyjaśnił, że jakiś czas temu dał buta więźniowi i poprosił, by go zawiązał.
John najpierw bezbłędnie przełożył jedną sznurówkę przez drugą, jednak dalej …
Kompletnie nie wiedział co ma zrobić. Twierdził, że kiedyś umiał „tą sztuczkę”,
ale jej zapomniał. Paul wiedział, że gdyby John chciałby, popełniłby
samobójstwo z pomocą tych sznurówek, pozostali trzej strażnicy też o tym
wiedzieli, ale nic takiego się nie stało. Teraz mieli przynajmniej jeden dowód
na to, że Coffey jest niewinny – gdy McGee znalazł Coffeya nad rzeką, zobaczył
w jego kieszeni jakieś wybrzuszenie i wziął to zabroń. Zapytał co to jest i
skąd to ma. Olbrzym powiedział, że to śniadanie i że jakaś kobieta w fartuchu
mu je dała. W środku sandwich, bez ani kawałka kiełbasy. Zabójca rzucił psu
kawałek kiełbasy, a następnie go zabił. John nie mógł tego zrobić, bo worek w
jego kieszeni był zawiązany, a przecież on nie umie zrobić nawet kokardki.
Kolejną poszlaką było to jego słynne
„Pomogłem”. Strażnik naczelny opowiedział kolegom o uleczeniu jego dróg
moczowych przez Murzyna. Wtedy gdy spytał go, co zrobił, on powiedział:
„Pomogłem. Pomogłem, prawda?”. Gdy Percy prawie zabił mysz Dela, Paul
powiedział mu „Pomogłeś”, a Coffey potwierdził mówiąc „Pomogłem myszy Dela”.
Gdy McGee znalazł go nad rzeką i zapytano go co tam robił, on powiedział
„Próbowałem pomóc, ale było już zapóźno. Nie dało się tego cofnąć”. On chciał
tylko uzdrowić te dziewczynki, znalazł się w złym miejscu i o złej porze.
Dowodem numer trzy było to, że podczas
poszukiwania zabójcy i dziewczynek, psy tropiące się pomyliły. Zapomniało co
podtykało im się pod nos, część tropiła zabójcę, a część dziewczynki. Nie było
problemu, dopóki byli oni razem. Ale gdy się rozstali, część psów chciało iść w
górę, a druga część w dół, w stronę rzeki. Wtedy zagłębili się w sprawę,
zaczęli omawiać wszystkie aspekty. John znalazł dziewczynki, chciał im pomóc,
ale mu się to nie udało, więc dostał ataku histerii i tak go znaleziono.
Wtenczas kiedy chciał ratować Pana Dzwoneczka, mówił „Niech pan da mi go póki
jeszcze czas”. „Póki jeszcze czasz” jest tutaj kluczem.
3
Gdy Paul ubierał
się do pracy, Janice wiedziała już tylko, że plan, który omawiał z chłopakami,
dotyczy Melindy i nie jest bezpieczny, może się nawet nie powieść.
4
Wieczorem sprawy
zaczęły nabierać tempa. Ciężarówka była gotowa, wszyscy czekali tylko na znak.
Dean miał zostać w więzieniu i pilnować, żeby Wharton niczego nie odwinął, ani
żeby ktokolwiek się domyślił, że coś jest nie tak. Z jakichś przyczyn, Coffey
wiedział już, że wybierze się na przejażdżkę ciężarówką i to przeraziło
strażników.
5
Odwiedził ich
stary Tu-Tut, kupili od niego mnóstwo wałówki. Przyszedł Dean, wręczył Paulowi
raport napisany ołówkiem i kazał go ocenić, żeby mógł przepisać go na czysto.
Paul sądził, że ten raport to największe, najbardziej bezczelne kłamstwo jakie
w życiu czytał, ale to akurat było im teraz na rękę, więc pochwalił go i kazał
mu przepisać wszystko. Podali colę Whartonowi za „dobre zachowanie dzisiejszego
wieczoru”, w której było mnóstwo morfiny. Facet padł na pryczy, ale był tak
naszprycowany, że nie zdołał zamknąć oczu. Następnie poszli zabrać Percy’emu
wszystkie „zabawki” służące do obrony (a tego Percy nadużywał), ubrali go w
kaftan bezpieczeństwa i zamknęli w izolatce. Gdy zakuli Johna w kajdanki i
odprowadzali go Zieloną Milą do wyjścia, Wharton jakimś cudem pojawił się przy
kratach. Zapytał (niezbyt wyraźnie) dokąd się wybiera, rzucił parę
niepochlebnych tekstów o Czarnych Ludziach i padł na pryczę chrapiąc. John
powiedział mu tylko, że jest podłym, okropnym człowiekiem, a to ucieszyło
Billy’ego Kida. Teraz na pewno już spał i nie miał się zbyt szybko obudzić.
Zadziwiające było to, że facet zdołał stać o własnych nogach z taką ilością
morfiny w organizmie. Zapytali Coffeya czy wie, gdzie się wybierają. „Żeby
pomóc … jakiejś pani?” odpowiedział. Spytali więc skąd to wie. Powiedział, że
sam nie wie. Że właściwie to w ogóle nie wiele wie. I nigdy nie wiedział.
Musieli się tym zadowolić.
6
Jechali bardzo
długo, zmieniali jeszcze samochód, przed pięcioma milami dzielącymi ich od domu
Mooresów.
7
Zaparkowali
samochód bardzo blisko domu Hala, żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń w razie
wypadku, gdyby ktoś miał zobaczyć ich samochód. Można by pomyśleć, że Hal ma
gości i tyle. Byli wystraszeni, ale chyba najmniej John. W końcu w progu drzwi
pojawił się Hal z bronią w ręku. Wykrzyczał pytanie, kto przyjeżdża o trzeciej
nad ranem i czego chce. Paul i Brutus przyszli mu wyjaśnić całą sprawę, jednak
nie zdążyli, bo Hal ujrzał Coffeya i wrzasnął do niego, że ma się nie ruszać,
bo będzie strzelał. Melinda zaniepokojona zapytała co Hal tam robi i z kim
rozmawia nazywając go w pewien … niekonwencjonalny sposób, biorąc pod uwagę to,
jaka była przed chorobą. Hal uniósł strzelbę i chciał zabić Johna, a wtedy
Harry wyszedł i go zasłonił mówiąc, że to nie jest ucieczka i nie trzeba się
niczego obawiać. Wtedy Coffey podszedł bliżej i powiedział, że chce pomóc. W
tle wybrzmiewały okropne krzyki Melindy, które sprawiły, że Hal z bezradności
pozwolił, by goście weszli do środka, cokolwiek by miało to oznaczać. John
szedł zgarbiony, by nie zahaczyć o żyrandole, nie zwracając uwagi na nikogo.
Teraz to on przejął inicjatywę.
8
Melinda najpierw
rzuciła kilka tekstów o Murzynach do Johna, a następnie zaczęła wypytywać o
jego rany i blizny. Powiedział, że nie wie skąd je ma, więc Melly stwierdziła,
że musi być wielkim szczęściarzem. Spytała czy wie dlaczego. On odrzekł, że
pewnie dlatego, że człowiek, który nie pamięta krzywdy, nie zawraca sobie nią
głowy w nocy. Po krótkiej rozmowie na jego temat, bez żadnych wyzwisk i
wulgaryzmów, przeszedł do tego, na co wszyscy czekali. Zaczął uzdrawiać
Melindę. Gdy wysysał z niej chorobę, w domu pękały okna, zegar spadł na ziemię
i się stłukł. Zaczął wiać okropny wiatr. Gdy Olbrzym odsunął się od kobiety,
wyglądała już dziesięć lat młodziej, nie pozostały na niej żadne ślady choroby.
John za to wyglądał, jakby miał za chwilę umrzeć. Dusił się tym, co wyssał z
pani Moores, nie chciał dać sobie pomóc. Kiedy się uspokoił, wyglądał jak silny
niegdyś mężczyzna, który po dziesięciu latach walki przegrał z chorobą. Miał
popielatą, chorą twarz. Autentycznie tak wyglądał w tej chwili. Melinda, już
kompletnie zdrowa, wzbudziła w Halu takie uczucia, że rozpłakał się jak małe
dziecko. Poszedł ją uściskać, a ona poprosiła, by ją na chwilę wypuścił z
objęć, bo musi wstać. Powiedział, że nie może, że przecież ona jest chora.
Okazało się, że nie pamiętała w ogóle okresu choroby, wiedziała tylko, że była
w szpitalu, ale nie pamiętała wyników. Mężczyźni nakłamali jej, że wyniki były
negatywne, czyli nie wykryły żadnych schorzeń u niej. Mel zdradziła Johnowi, że
jej się śnił. Że błądzili w ciemnościach, ale w końcu się odnaleźli.
Podziękowała mu i go wyściskała. John otrzymał od niej wisiorek w podzięce i
pożegnali się z Mooresami, mimo, że Hal miał jeszcze tysiące pytań do nich, ale
wolał pogadać o tym w wolnym czasie.
9
Wracając,
strażnicy rozmawiali o Johnie, ale tylko wtedy, kiedy byli pewni, że on tego
nie słyszy. Brutal podejrzewał, że John specjalnie nie „wypluł” choroby
Melindy, żeby umrzeć jeszcze przed egzekucją. Strażnicy cały czas zastanawiali
się jak powrócić na swoje stanowiska bez wzbudzania żadnych podejrzeń oraz
pokrzepiali Johna, widząc, że wygląda coraz gorzej z chorobą pani Moores.
Część szósta
Coffey na Mili
1
Paul pisał znowu
do późna. Wieczorem, nieco zmęczony, chciał zrobić sobie przerwę. Porównywał w
tym czasie niektóre elementy – codzienne rytuały, osoby, miejsca – do tych
towarzyszących mu w więzieniu. Zamknął oczy, tylko na chwilę, żeby odetchnąć.
Gdy je otworzył, było kilka minut po ósmej. Chciał przerwać pisanie, iść do
kuchni po grzankę i wybrać się znowu na spacer, ale zrezygnował, bo wiedział,
że spotka na pewno Brada Dolana. Poszedł do łazienki, a gdy wrócił, zastał na
stole, tuż obok jego rękopisów, dzbanek herbaty, który na pewno pozostawiła
Elaine. Wypił dwie filiżanki i zabrał się za zapisywanie kolejnych stron. W
pewnym momencie padł na niego czyjś cień. Spojrzał w górę i ujrzał nad sobą
Dolana. Facet zaczął mu się znowu naprzykrzać, chciał za wszelką cenę zobaczyć,
to Paul pisze. Gdy zaczął zastraszać Paula i próbować pozabierać mu rękopisy,
ktoś krzyknął na niego stanowczym, groźnym głosem, żeby zostawił tego
człowieka. Okazało się, że to Elaine stała w drzwiach z dzbankiem tacą na
której było śniadanie dla Paula. Brad zaczął wypytywać o co jej chodzi, a
widząc, że ona nie ustępuje i zaczęła przyjmować jego zasady gry, nazwał ją
dość niepochlebnie oczekując, że ta się zgorszy, zrobi jej się przykro i
ustąpi. Wtedy Elaine słysząc pytanie „za kogo pani się ma?” powiedziała, że za
babkę przewodniczącego Izby Reprezentantów stanu Georgia, dzięki któremu Dolan
może już dłużej nie zagrzać ławki w Georgia Pines, bo jej wnuk bardzo kocha
swoją rodzinę i dba o nią, a zwłaszcza o te starsze osoby. W tym wszystkim co
mówiło, nie było ani cienia kłamstwa. Dolan wystraszony, ale i niesamowicie wściekły,
opuścił pokój. Elaine zapytała Paula, czy wszystko w porządku, czy nic mu się
nie stało. Mężczyzna potwierdził, dał jej rękopis, żeby przeczytała całość i
powiedział, że dopisze resztę, w czasie gdy ona będzie to czytać. A gdy zapozna
się z całą historią, zabierze ją do tajemniczego miejsca, do którego przychodzi
codziennie rano i wieczorem.
2
Mężczyźni wrócili z Johnem na blok,
zawieźli go na wózku przez część bloku, bojąc się o jego zdrowie. Doprowadzili
go do celi, wówczas Dean zobaczył ich i radośnie zaczął zasypywać ich słowami –
najpierw logicznymi zdaniami, a potem już tylko bełkotał. Po usadzeniu Johna w
celi, poszli po Percy’ego. Najpierw Paul przeprowadził z nim długą pogadankę,
potem Brutus powiedział mu najprostszym językiem, nieeleganckim zresztą, co
stanie się, jeśli Percy piśnie choćby słówko na temat tego, co się tutaj z nim
stało. Percy zawstydzony i nastraszony nie dyskutował wiele, wypuszczony już z
izolatki, spacerował po Zielonej Mili ze spuszczoną głową. W pewnym momencie
John Coffey wyciągnął po niego ręce przez kraty, przycisnął go do nich
gwałtownie i przycisnął jego usta do swoich, wdychając w niego całą chorobę
Melindy. Percy zdzielił go hikorową pałką w skroń, polała się krew, ale Olbrzym
nie zwrócił na to uwagi. Wetmore wkrótce stanął pod ścianą, wyglądając jak wrak
człowieka. Strażnicy próbowali go wybudzić z transu, jednak nie wiele to dało.
Niedługo po tym chłopak otrząsnął się, odszedł bez słowa w drugą stronę. Brutal
chciał go zatrzymać, ale Paul rozkazał mu go zostawić. Później tysiąc razy
zastanawiał się, czy kazałby zostawić go w spokoju, gdyby wiedział, co się
potem stanie.
Nim się zorientowali w ogóle co się dzieje,
Percy wszedł do celi śpiącego Whartona. Billy Kid przespał tak naprawdę swoją
śmierć, miał więcej szczęścia niż na to zasłużył. Percy wyjął pistolet i
wcisnął w Whartona sześć kul, tak szybko jak potrafił. Jedną w krocze, drugą w
brzuch, trzecią w klatkę piersiową, trzy w głowę. Koroner stwierdził, że Percy
strzelał jak Annie Oakley. Wtedy stało się to, na co wszyscy czekali. Wetmore
upadł na kolana i wypluł chorobę Melindy. Wszyscy strażnicy po kolei
powiedzieli, że „nic nie widzieli” i ustalili wspólną wersję, którą mają
przekazać w raporcie i zeznaniach.
3
Paul opowiedział o wszystkim żonie.
Wspólna wersja brzmiała tak, że Percy oszalał i wbiegł do celi Whartona,
wcisnął w niego sześć kul i tyle. Gdyby ktokolwiek pytał jak Percy się
zachowywał przed tym wszystkim, powiedzieliby „Milczał”. Na samą myśl o tym
Paul musiał się powstrzymywać przed wybuchem śmiechu. Bo to była prawda. Percy
milczał, bo leżał obezwładniony w izolatce i miał taśmą oklejone usta.
Paul opowiedział swojej żonie od nowa całą
sytuację, jednak zaczynając teraz od tego, jaki był stosunek Wetmore’a do
Wharton’a, Wharton’a do Coffey’a i tak dalej.
Hal Moores oczywiście usłyszał taką samą
wersję jak ci, którzy przesłuchiwali świadków zdarzenia. Szef zaręczał, że nic
nie wyjawi, nawet jeśli to miało związek z tym, co stało się w jego domu, ale
Paul wolał zachować środki ostrożności. Tak oto pozbyli się i Percy’ego i
Whartona.
4
Wkrótce po zakończeniu tego cyrku z
przesłuchaniami, dochodzeniem co i jak wyglądało przy morderstwie Whartona,
nadszedł dokument mówiący, że za osiem dni (dwudziesty listopada) ma się odbyć
Egzekucja Johna Coffeya. Trzy dni po tym Paul kazał żonie zadzwonić do pracy i
powiedzieć, że dziś nie przyjdzie, bo jest chory, a on sam w tym czasie wybrał
się w podróż na farmę Dettericków. Zatrzymał go jednak McGee, mówiąc, że
Detterickowie nie są gotowi by gadać z jakimś klawiszem, że on sam to załatwi i
że mają się spotkać później, żeby porozmawiali o Jonie Coffeyu. Tak więc
spotkali się w barze, skąd trafili do domu McGee. Mężczyzna powiedział, że
dowody zebrane przez Paula nie są podstawą do wznowienia postępowania. I w tym
hrabstwie nie ma zwyczaju fundować nowego postępowania dla Murzynów. Widząc, że
McGee jest pewien tego co mówi i wrogo nastawiony do każdego, kto chce to
podważyć, udał się do domu. Tam czekała na niego Janice, mimo tego, że było już
po północy. Leżąc w łóżku z żoną Paul się rozpłakał. Janice wystraszona
wypytywała co się stało. Wtedy Paul powiedział: „Za kilka dni mam stracić Johna
Coffeya, ale to William Wharton zabił bliźniaczki Dettericków. Zrobił to Dziki
Bill.
5
Nazajutrz przy
wojennej naradzie na lunchu w domu Edgecombe’a byli nie tylko Harry, Dean i
Brutus, ale i żona Paula, która go namówiła, żeby podzielił się z nimi całym
tym swoim spostrzeżeniem. Ich zdaniem John musiał wiedzieć o tym, że to Wharton
to zrobił. Dlatego go tak nienawidził. Dlatego posłużył się Percym, jako
mordercą Wharton’a. Bo w końcu obaj dla niego byli podłymi ludźmi, więc
załatwiono dwie sprawy na raz. Rozprawiali naprawdę długo na temat Whartona i
Johna, powiązań między nimi, przestępstw Willa (okazało się, że już raz miał do
czynienia z mocno nieletnią dziewczynką, a oczywistą rzeczą było, że facet
nigdy nie popełnia zbrodni na tle seksualnym raz. Wtedy tamta to była
dziewięciolatka, ale nikt tego nie zgłosił, jej ojciec twierdził, że poradził
sobie z nim sam) i wielu innych rzeczy. Janice uporczywie starała się namówić
strażników na to, żeby próbowali ratować Johna w każdy możliwy sposób – kłamać przed
sądem, cokolwiek, byle uratować człowieka tak cudownego, tak cenny dar od Boga.
Mężczyźni jednak za każdym razem rozwiewali jej nadzieje. Wtedy Janice
nakrzyczała na Paula, że jest tchórzem. Że ma jej nie dotykać, bo za kilka dni
będzie takim samym mordercą jak i Wharton, dokonując egzekucji Johna stanie się
zabójcą.
6
Janice
przeprosiła Paula. Prosiła go, żeby się na nią nie gniewał, aby porozmawiał z
Johnem Coffeyem i spytał czego chce, żeby zrobić wszystko co się da, aby jego
śmierć nie była dla niego aż tak przykrym momentem – no może żeby miał chociaż
czystsze sumienie, czy cokolwiek. Paul zgodził się.
7
Dwa dni później
odbyła się próba generalna egzekucji Johna Coffeya. W powietrzu unosiło się
coś, co sprawiało, że wszystko to było dla nich okropnie bolesnym zabiegiem.
Brutus wyznał, że czuje, jakby stał przed piekłem przez to, co mają niedługo
uczynić.
8
Paul poszedł
porozmawiać z Johnem gdy wrócił z łaźni. Czuł na całym ciele mrowienie, takie
jak odczuwa się w ręce, na której się spało całą noc. John był małomówny,
jednak udało mu się z nim ustalić, że na kolację dostanie na życzenie mielonego
z sosem, kartoflami i kapustą, a na deser specjalnie żona Paula upiecze dla
niego ciasto brzoskwiniowe. Zapytany o to, czy życzy sobie duchownego do odmowy
modlitwy przed śmiercią, powiedział, że nie potrzebuje żadnego księdza.
Zaproponował, że jeśli Paul zechce, może z nim odmówić modlitwę. Wyznał po tym,
że niepotrzebnie strażnicy się tak denerwują jego odejściem. Bo on chce odejść.
Bo ma dosyć bólu, krzywdy na tym świecie. Chciałby tylko żyć tak jak wcześniej,
jak normalny człowiek i mieć kompana, z którym mógłby podróżować jak równy z
równym, porozmawiać o wszystkim i o niczym. Trzymał Paula za ręce mówiąc o tym
wszystkim. A on pomyślał wtedy „Przestań! Przestań bo zaraz utonę … Albo
eksploduję”. Wówczas usłyszał od Johna „Nie eksploduje pan”. Rozbawiła go ta
myśl. Edgecombe czuł teraz obecność wszystkich tych ludzi, którzy byli w tej
celi. Widział wszystkie napisy na ścianach, które zostały zmyte. Widział każde
ziarenko miki na ziemi, każde pęknięcie, słyszał rzeczy niesłyszalne dla nikogo
poza nim – może jeszcze John je słyszał, ale tylko może. Gdy świat powrócił do
swojej normalnej postaci, Paul zapytał Johna, co mu zrobił? Powiedział, że
przeprasza, że się zagapił i niedługo poczuje się normalnie. Wiedział, że
strażnik dziwi się wciąż dlaczego dziewczynki Dettericków nie krzyczały.
Olbrzym wyjaśnił mu, że kiedy spotkał Whartona (zaraz po tym jak zabił
dziewczynki) zrozumiał dlaczego, ale zapomniał. Przypomniało mu się, gdy
Wharton go dotknął. Dziki Bill powiedział do jednej z nich „Jeśli będziesz
krzyczała, zabiję nie ciebie, a twoją siostrę”. I to samo powiedział do
drugiej.
Po skończeniu rozmowy Paul wyszedł z celi
Johna i zrozumiał, że słyszy myśli Brutala. Zastanawiał się jak pisze się słowo
RECEIVE. I przed c czy może po e? Po e, nie tak brzmiała tak zasada?
Opowiedział mu o tym co usłyszał od więźnia. Nie wszystko i nie to, o dotyku
Olbrzyma, który wywarł na niego taki wpływ. Brutus zapytał go, czy czasem jego
infekcja nie wraca, bo zrobił się nagle cały czerwony, pewnie powinien się
położyć w swoim gabinecie. Odrzekł mu, że nie, a zamiast iść do swojego
gabinetu, pójdzie do administracji, bo ma tam coś do zrobienia. Stojąc tuż przy
drzwiach powiedział: „Dobrze zapamiętałeś. R-e-c-e-i-v-e. „I” przed „e”, chyba,
że poprzedza je „c”. Oczywiście w większości przypadków”. Nie musiał się
odwracać, żeby wiedzieć, że gapi się na niego teraz z szeroko otwartymi ustami.
9
Paul porozmawiał
z Halem. Ten wieczór był wieczorem Johna Coffeya. Mieli tam służyć Dean, Harry, Brutus,
Paul, Van Hay i Curtis. Dean, Paul I Brutal udali się do celi Johna Coffeya. Odmówili mowę
wstępną, przeprosili go za to, że tak właśnie ma wyglądać jego koniec. Ale John
Coffey był spokojny i uśmiechnięty – miał przecież ukrócić swoje cierpienia.
Poszli z Paulem odmówić modlitwę. Pomodlili się o siłę, o wstawiennictwo Boga,
Jezusa i Maryi.
10
Na sali świadków
było góra czternastu. Marjorie Detterick krzyczała co chwila, żeby zabić dwa
razy tego „gwałciciela i mordercę”. John zaczął płakać mówiąc, że czuje
nienawiść wszystkich tych osób, ona go boli, jak wbijające się żądła os.
Strażnicy kazali mu skupić się na tym, co oni czują, a nie świadkowie. Oni go
nie nienawidzą. Harry odwrócony tyłem do świadków płakał jak bóbr. W końcu
kazano przerzucić Van Hayowi dźwignię na jedynkę. Po tym trzeba było nałożyć
już kask więźniowi, włożyć pod niego gąbkę i przejść do punktu uśmiercenia.
John błagał, żeby nie nakładać mu na oczy czarnego materiału, bo nie chce
odchodzić w ciemności, której się tak boi. Zrobiono jak prosił. Ostatnią osobą
na jaką John spojrzał przed śmiercią był Paul, podczas rażenia go prądem o
silniejszym natężeniu. I wtedy ostatecznie utracono tak wielki skarb.
Najpiękniejszy dar od Boga, czego prawie nikt nie był świadom. W swej pomocy
zasłużył na wiele, a łzami żegnały go zaledwie cztery osoby w dniu jego
śmierci.
11
Paul trzymał się
aż do powrotu do domu. Zaraz po tym rozpłakał się, do domu musiała go odprowadzić
Janice.
12
Gdy Paul skończył
pisać ostatnią stronę, przyszła do niego Elaine. Miała podpuchnięte,
zaczerwienione oczy, musiała płakać. Poprosił ją, by skończyła czytać mimo
wszystko, bo wtedy zrozumie to, czego dotychczas nie mogła pojąć. Pozna
odpowiedzi na wszelkie pytania. Elaine zastanawiała się jednak, ile lat może
mieć teraz Paul. On powiedział jej, że odprawiając Johna na drugą stronę, miał
czterdzieści lat. Urodził się w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym drugim, więc
teraz musi mieć sto cztery lata jeśli nie pomylił się w rachunkach. Umówili się
na czwartą, wtedy mieli wyruszyć na obiecany spacer. Widząc, że auto Dolana
odjechało przed czwartą z Georgia Pines, Paul wesoło podążył na pole do
krykieta. Jakiś czas później Elaine dołączyła do niego. Miała wreszcie poznać
długo skrywaną przez przyjaciela tajemnicę. Znowu płakała. Przytuliła Paula
mówiąc: „Biedny John Coffey. Biedny Paul Edgecombe.”, a następnie zapytała o
losy dyrektora Mooresa. Oświadczył, że zmarła na atak serca. Zapytała więc o
Janice. Paul nie był jeszcze gotów by o tym rozmawiać, ale dał jej słowo, że
kiedyś jej o tym opowie. Nie dotrzymał go jednak, bo trzy miesiące później
Elaine zmarła. Na atak serca właśnie. Znaleziono ją martwą w łóżku, śmierć
przyszła we śnie. Jej spokojna twarz świadczyła o tym, że wszystko przebiegło
bezboleśnie, nagle.
Mężczyzna zaprowadził przyjaciółkę do
szałasu, prawdopodobnie bliskiego zawaleniu się. Mimo lęku weszła tam za nim i ujrzała
małe, stare zwierzątko. Pana Dzwoneczka. Widząc jej podziw, wyjął kolorową
szpulkę i rzucił ją myszce – wciąż wykonywała tę swoją słynną sztuczką, którą
tak uwielbiał Delacroix. Prosiła, żeby więcej nie rzucał jej szpulki, bo bała
się, że ganianie za nią sprawia myszce ból. Dali jej miętówki, które leżały w
torbie. Elaine zrozumiała, że ten szałas jest właśnie słynnym Mouseville –
rozpoznała to po oknach z krzemowego szkła, które miały się znajdować w cyrku
obiecanym Delacroixowi.
Tę piękną scenę popsuło nadejście Brada
Dolana. Przyszedł i zaczął znowu rzucać zgryźliwe uwagi, zastraszać staruszków.
Zauważył Mysz, więc Paul zaczął krzyczeć, żeby jej nie ruszał. Dolan zaczął się
śmiać i powiedział, że nie musi, bo ta mysz już nie żyje. Paul odwrócił się za
siebie i miał nadzieję, że Pan Dzwoneczek tylko odpoczywa, że położył się na
boku by odetchnąć. Wciąż powtarzał sobie, że widzi jak oddycha, choć wiedział, że
to nieprawda. Elaine wybuchła płaczem, zrozpaczona, choć dopiero poznała Pana
Dzwoneczka naprawdę. Dolan zagroził, że już więcej nie przyjdą tutaj się
spotykać, że już on o to zadba, a wtedy Elaine zaczęła krzyczeć na niego tak
głośno, z taką siłą w głosie, że młodzieniec się wystraszył i rzucając na
koniec jakąś uwagę, opuścił ich zezłoszczony.
Wówczas Paul zapytał, czy Elaine pomoże mu
pochować starego przyjaciela. Wzięli motykę z szopy i wykopali maleńki grób dla
myszy Delacroix’a. Kobieta zauważyła, że zaczyna się piękny zachód słońca i
poprosiła, by zostali tam jeszcze. Paul na to przystał i powtórzył w myślach
modlitwę, którą Delacroix zmówił przed śmiercią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz